wtorek, 1 listopada 2016

Tydzień grozy. 7 dni, 7 horrorów

Tydzień grozy czas zacząć. Z tą myślą postanowiłem poświęcić 7 dni, aby porządnie się wystraszyć i mam niecny plan: jeden horror dziennie, a właściwie nocnie. Wchodzicie w to ze mną?
Kiedy gasną światła / Lights Out

Na pierwszy ogień wrzuciłem do pieca KIEDY GASNĄ ŚWIATŁA. To będzie dobry film na straszną noc – pomyślałem, ponieważ wystraszył mnie już parę lat temu, wtedy jeszcze w wersji krótkometrażowej (możecie ją obejrzeć tu: www.vimeo.com/82920243), którą zrobił domorosły filmowiec, David F. Sandberg. Prosta historyjka ze złem czającym się w cieniu podbiła festiwale horroru i Internet, aż w końcu zobaczył ją złoty chłopiec współczesnego kina grozy, James Wan, i wyłożył pieniądze na pełen metraż. Na stołku reżysera pozostał Sandberg, który do pracy dostał tekst wynajętego scenarzysty, autora Oszukać przeznaczenie 5 oraz remake’ów Koszmaru z ulicy Wiązów i Coś.

Jak się możecie domyślać, to tu leży pies pogrzebany. W trzyminutowej krótkometrażówce scenariusza praktycznie nie było, brak było też odpowiedzi na pytania „skąd?”, „po co?” i „dlaczego?”. Jak wiadomo, boimy się tego, co nieznane, a nic tak nie zabija strachu jak racjonalizowanie nieznanego. Kiedy gasną światła objaśnia nam, z czym mamy do czynienia tak wcześnie, że światło mogłoby równie dobrze pozostać włączone do końca filmu. Obiecujący pomysł został zabity przez przewidywalny scenariusz i ziewania nie powstrzymały nawet dosyć ciekawe postaci. Bowiem to nie o postaci tu chodzi ani o tło fabularne, ale o niepokojący wizualny odlot w stylu Cronenberga czy Del Toro. Tymczasem oryginalne trzy minuty niepokoju zostały wydłużone do 81 minut powtarzalnych jump-scare’ów. To nie jest dobry film na straszną noc – myślę teraz.
Werdykt: psikus. Nie wystraszy nawet w Halloween.

Carrie
Po słabej rozpałce dołożyłem do pieca starego drewna, które miło skwierczało. Innymi słowy: nadrobiłem zaległość i obejrzałem CARRIE.
Bal maturalny, za Oceanem tzw. prom, to wdzięczny temat na film o i dla młodzieży. Dlatego potrzeba było Briana De Palmy, żeby spalić go i zrównać z ziemią w swojej adaptacji powieści Stephena Kinga. Tytułowa Carrie jest pośmiewiskiem koleżanek z liceum i ofiarą swojej ultra-pobożnej, maniakalnej matki. Rozdarta między chęcią bycia taką jak inni oraz posłuszeństwem wobec domowych zasad, Carrie odnajduje w sobie moc telekinezy, która przychodzi z pierwszą menstruacją. Może to efekt dojrzewania, a może moc wykształciła się w obronie przed nieprzyjaznym światem. Kiedy szkolny przystojniak zaprasza ją na bal, Carrie wie, że musi się pilnować, bo to zapewne podstęp. Jednak ulega i zaczyna wierzyć w bajkę; zrozumiałe, w końcu perspektywa normalności i akceptacji jest niezwykle kusząca.
Wszystko prowadzi do finałowej eskalacji z mistrzowską, ikoniczną sceną wyboru królowej i króla balu. Wiemy, co nadchodzi, ale De Palma każe nam czekać, wydłużając sekwencję i rozkoszując się detalami. A kiedy dostajemy to, do czego niemiłosiernie zmierzała historia, zamiast czuć satysfakcję jesteśmy oszołomieni. Powinniśmy być – mówi nam o tym jazda kamery wirującej wokół bohaterów szybciej i szybciej, podzielony ekran, a nawet muzyka sklejona z dwóch niepasujących do siebie melodii, jednej słodkiej, a drugiej niepokojącej. Całkiem jak sama Carrie.
Wydawałoby się, że Carrie to historia Kinga, a jednak jego powieściowy debiut zdecydowanie zyskał w wersji kinowej. Ponadto, jak na swój wiek, film dobrze się trzyma i nadal działa. Zasługa to De Palmy, który jest jednym z najlepszych opowiadaczy obrazem wśród filmowców. Jego styl jest niemal namacalny, jak krągłości młodych dziewczyn przebierających się w szatni w slow-motion w otwierającej scenie. Mało kto potrafi wycisnąć tyle soku z pulpy co De Palma.
Werdykt: cukierek. Słodki aż do nadzienia ze świńskiej krwi.

Co robimy w ukryciu / What We Do In The Shadows
Przygotowujecie się na bal kostiumowy? Jeśli jeszcze nie macie przebrania, służę Wam super stylówkami, #ootd#lookoftheday i te sprawy. A to dzięki temu, że do pieca wrzuciłem CO ROBIMY W UKRYCIU.
To jeden z tych filmów, o które wiele osób mnie pytało: „A widziałeś to?” – dlatego zakładam, że Wy też go widzieliście i jestem tu ostatni. Jeśli się mylę, poprawcie mnie i podbudujcie moje ego. Lub nie. W każdym razie, Co robimy w ukryciu to mockument o grupie wampirów i ich codziennym nieżyciu, zrobiony przez współtwórców serialu Flight of the Conchords. Do domu kilkuset letnich krwiopijców przyjeżdża ekipa filmowa z zamiarem nakręcenia filmu o ich życiu. A wampir też człowiek i chce dobrze wypaść na ekranie. Dlatego widzimy, jak szykują się na wieczorne wyjście na miasto, jak przechwalają się, kłócą, zmywają naczynia, ale częściej krew z dywanu.
Właśnie takie przyziemne sytuacje napędzają komedię. Przekomarzanie się wampirów przy stole w kuchni jest zabawne samo w sobie, a kiedy w nerwach dwóch krwiopijców unosi się z krzeseł i frunąc na siebie syczą jak koty gotowe do bójki, nie da się nie wybuchnąć śmiechem. Inteligentny humor na szczęście nie przekracza granicy groteski, a forma reportażu nadaje parodii świeżości. To świetna komedia w duchu najlepszych osiągnięć tego udawanego gatunku, jak choćby This Is Spinal Tap i innych filmów Christophera Guesta czy seriali The Office i Parks and Recreation.
Ok, ale czemu parodia znalazła się w Tygodniu grozy? Bo twórcy biorą swój film na tyle serio, że oprócz wyśmienitego humoru przestrzegają zasad horroru: z ciemności wyskakuje na nas potwór z rozdziawionymi kłami, ofiary są bezlitośnie wykańczane, krew leje się strumieniami, a stary wampir jest odpychający i przypomina Nosferatu. Ponadto po każdym horrorowym bu! następuje moment ulgi. A nie ma lepszego ujścia dla grozy niż humor – jeśli oba są sprawnie połączone, jesteśmy w domu. Co tu robimy w ukryciu, to już nasza sprawa.
Werdykt: cukierek. Z krwią dziewicy. Vampire style!

Maniak / Maniac
Trzeba dołożyć mocno do pieca – dlatego jako następny obejrzałem niedoceniony slasher, który sam Alexandre Aja uwielbia do tego stopnia, że napisał i wyprodukował jego remake.
MANIAK to historia dozorcy, który w nocy wychodzi na ulice Nowego Jorku polować na kobiety. Ten opis może sugerować kolejny tani slasher, ale co robi z niego dobry tani slasher to skupienie się na skrzywionej perspektywie seryjnego mordercy. Pomiędzy brutalnymi scenami zabójstw następują te ciekawsze, pokazujące tytułowego maniaka mówiącego do siebie, otaczającego się manekinami, które przyozdabia skalpami ofiar oraz walczącego z morderczymi instynktami. Czyli slasher psychologiczny.
Po 36 latach od premiery Maniak nadal robi wrażenie, a zasługa to przede wszystkim Joe Spinella w roli tytułowej. Jako Frank Zito wzbudza niepokój, odrazę i strach przez zwalistą sylwetkę i twarz psychopaty, ale też współczucie przez zachowanie wielkiego dziecka. Gorzej jest z aktorkami w rolach ofiar – choć nic w tym dziwnego, ponieważ w ramach cięcia kosztów produkcji w rolach kobiecych zostały zatrudnione aktorki porno. Wydawałoby się, że wilk syty i owca cała, niestety gorzej jest, kiedy panie oprócz rozbierania się i uciekania muszą też coś powiedzieć.
William Lustig robił ten film za bardzo małe pieniądze, co widać. Aktorzy nawet musieli szybko grać swoje kwestie, bo nie było pozwolenia na kręcenie w nowojorskich lokacjach. Ale za to starczyło kasy na litry krwi i wybuchające głowy – tu ukłon w stronę Toma Savini w swojej wąsatej roli na ekranie oraz poza ekranem w jednej ze swoich pierwszych robótek przy efektach i charakteryzacji.
Jeśli lubicie tanie produkcje w klimacie giallo czy Piątku 13-ego (pojawia się tu nawet Betsy Palmer, czyli mama Jasona), na pewno polubicie Maniaka. Albo pokochacie, tak jak Alexandre Aja. „Dorastałem w strachu, ale też miłości do Maniaka. To był jeden z tych filmów, które zainspirowały mnie do zrobienia Bladego strachu (Haute Tension)” – mówił w wywiadzie. Remake’u z Elijah Woodem jeszcze nie widziałem.
Werdykt: cukierek. Na wagę. Tani, ale smaczny.

Mordercze klowny z kosmosu /
Killer Klowns from Outer Space
Kiedy ktoś pyta: „Idziesz na MORDERCZE KLOWNY Z KOSMOSU? Czyta Tomasz Knapik” – nie da się powiedzieć „nie”. Tym bardziej, że trwa tu właśnie Tydzień grozy. Dlatego posłuchałem (nie do końca) zdrowego rozsądku i pozwoliłem, żeby do pieca dorzucił wczoraj VHS Hell.
Mordercze klowny z kosmosu dostarczają bardziej niż było to zamierzone. Jak mogłoby być inaczej, skoro jego twórcy, bracia Chiodo, nie wyreżyserowali przed nim ani po nim innego filmu. Zajęli się za to efektami specjalnymi i animacją poklatkową – pracowali choćby przy Simpsonach i Team America: World Police. Oglądając Mordercze klowny z kosmosu można się zresztą domyślać, że zarówno Matt Groening, jak i Trey Parker i Matt Stone muszą być fanami tego dzieła.
A w nim: seria absurdalnych decyzji prowadzi kreskówkowych bohaterów do groteskowego statku kosmicznego wyglądającego jak cyrk. Istoty z kosmosu to grupa clownów, których plan zakłada przemienienie ludzi w watę cukrową, główny składnik diety każdego clowna. Ich weapon of choice są m.in. wielkie drewniane młotki, popcorn i ciasta z kremem, a zabić ich można jedynie strzelając w ich czerwony kulfoniasty nos. Stephen King nie ma nic na braci Chiodo.
Film nie zrobił kokosów w kinach, ale już kiedy stał się obiektem kultu, zwrócił się z nawiązką dzięki rynkowi VHS, DVD oraz figurkom (tak, jest oficjalna seria i musisz ją mieć), koszulkom i gadżetom. Jeden z trójki braci Chiodo, Stephen, oświadczył w wywiadzie, że Mordercze klowny mają wrócić. Raz mówi o filmie kinowym, raz o serialu, a raz nawet o „trylogii w czterech częściach”. Też nie jestem pewien, co to znaczy, ale wiem jedno – to byłby raj dla wielbicieli złego kina i piekło dla koulrofobów. Czekam niecierpliwie na Killer Klowns Cinematic Universe.
Werdykt: wata cukrowa.

Zaproszenie / The Invitation
W moim piecu pali się już prawie od tygodnia. Dorzuciłem już trochę slashera, garść klasyki, paliło się światło i palił się cyrk. Dzisiaj nie pali się, ale żarzy i grozi wybuchem.
ZAPROSZENIE to prawdopodobnie najlepszy slow-burner tego roku. Karyn Kusama, reżyserka Aeon Flux i Zabójczego ciała, znalazła wreszcie swój głos w kinie niezależnym i zaklepuje sobie miejsce obok Adama Wingarda czy Ti Westa. Kusama zresztą wymienia dzieło tego drugiego, House of the Devil, jako jeden ze swoich ulubionych horrorów: "Uwielbiam prostotę tego filmu. Został ze mną w niespodziewany sposób, ponieważ spędziłam dużo czasu towarzysząc głównej bohaterce w oczekiwaniu na doniosłe wydarzenie. A kiedy już nadchodzi, nie da się go wymazać z pamięci".
To samo mógłby powiedzieć Ti West o nowym filmie Kusamy, który trzyma widza w niepewności co do swoich zamiarów aż do finałowej eskalacji przemocy. Fabuła jest prosta: przyjęcie zmanierowanych 30-latków w domu na wzgórzach Hollywood ujawnia nieoczekiwane zamiary domowników. To jedna z tych historii, która opiera się na postaciach, z wolna odkrywanych dziwactwach i niepokojących domysłach. Napięcie wygrane jest głównie długimi rozmowami, spięciami między uczestnikami przyjęcia, powracającymi traumami z przeszłości. W jednym momencie podważamy rzeczywistość przedstawioną oczami głównego bohatera, a za chwilę myślimy, że jest on tam jedynym przy zdrowych zmysłach.
Film jest bardzo zgrabnie napisany. Kto by się spodziewał po scenarzystach Ride Along, R.I.P.D., Starcia tytanów i Szeregowca Dolota, że napiszą tekst, który brzmi jak psychodrama przeznaczona na deski teatru, a na ekranie wygląda jak wieczór rodziny Mansonów. Zaproście znajomych, zapalcie lampiony, polejcie wino, powiedzcie, że chcecie im coś pokazać i włączcie film. I koniecznie usadźcie nieznajomego w fotelu w rogu pokoju. Zrozumiecie, jak obejrzycie.
Werdykt: guma Shock.

Czarownica / The Witch
Były wampiry i wilkołaki, seryjni mordercy, duchy, mordercze klowny i psychopatyczna sekta. Do horror squadu dorzucam 17-wieczne czarownice i kozła, i mamy Tydzień grozy w pełni. Bu!
Jeśli chcesz obejrzeć dzisiaj jeden horror, niech to będzie dobry horror albo chociaż tak-zły-że-aż-dobry horror. Jeśli o mnie chodzi, nie widziałem w tym roku lepszego horroru niż THE WITCH – Czarownica z sympatycznym podtytułem Bajka ludowa z Nowej Anglii. Nakręcony przez debiutanta Roberta Eggersa film jest mroczną opowieścią o rodzinie wypędzonej z purytańskiej osady ze względu na kalwinistyczne poglądy. William, Katherine i czwórka ich dzieci zamieszkują w chatce pod lasem, gdzie wkrótce rodzi się ich kolejny potomek. Nie jest im niestety dane spokojne wiejskie życie, bo pobliski las okazuje się siedliskiem czarownic.
Jak przystało na przedstawione czasy, to mężczyzna jest alfą i omegą w tej rodzinie. To jego odmienne wierzenia są ukarane wygnaniem, to on decyduje zabrać rodzinę z osady i zamieszkać na odludziu. Żona wykonuje jedynie polecenia i obowiązki, a najstarsza córka jest osądzana o czary, kiedy zaczyna się buntować. Nic wręcz dziwnego, że czarownice – komuna nad wyraz feministyczna – nie dają spokoju patriarchalnej rodzinie.
The VVitch to horror niezwykły, a jego oglądanie można przyrównać do czytania wczesnej nowoangielskiej literatury, Johna Webstera czy dzieł gotyckich autorów. Eggers zadbał o realia aż po najdrobniejsze szczegóły. Bohaterowie nawet mówią w egzotycznym 17-wiecznym angielskim języku. Największą jednak zaletą filmu jest jego gęsty klimat i atmosfera tajemnicy, które Eggers ceni bardziej od tanich trików i gore. Dzięki temu jego Bajka ludowa pozostaje w pamięci jeszcze długo po seansie i wywołuje ciarki na widok kozła. Ach, nie wspomniałem jeszcze nawet o Czarnym Filipie. Może to i lepiej – obejrzyjcie i poznajcie go sami.
Werdykt: lukrecja, czarna jak noc.

To teraz pytanie za cukierka: jakie 7 filmów Wy wybierzecie na swój Tydzień grozy?
[m]