piątek, 30 stycznia 2015

FOXCATCHER ♠♠♠♠

Ornitolog, filatelista, filantrop. John du Pont grany przez Steve’a Carella nie jest żadnym z nich. Nie jest trenerem, nie jest patriotą, nie jest człowiekiem. To niezrównoważona psychika napędzająca sztywne ciało do działań tak sztucznych, że niemożliwym jest, aby ktoś brał na serio jego dobre intencje. A już na pewno nie bracia Mark i Dave Schultz, którzy z biegiem wydarzeń patrzą na niego z coraz większym zakłopotaniem.

Wydarzenia te miały swój podobny bieg na przełomie lat 80. i 90. Mark (Channing Tatum) dostaje propozycję dołączenia do drużyny zapaśniczej finansowanej przez bogatego du Ponta. Zgadza się skuszony pensją, jakiej zapaśnik nie ujrzałby w tamtych latach oraz iluzją mocnej ojcowskiej figury. Mark jest małomównym i nadwrażliwym osiłkiem, który czuje się swobodnie tylko przy swoim starszym, bardziej doświadczonym bracie. Dave (Mark Ruffalo) jest dla niego trenerem, pomocą, schronieniem, dostarcza mu cienia, w którym się chowa. Problem w tym, że du Pont przekonuje Marka, że w drodze na olimpijski szczyt nie musi stać w niczyim cieniu i daje mu „wolność” zamkniętą w swojej posiadłości nazwanej Foxcatcher na cześć rodzinnej stajni rodu du Pont. Stajni pełnej koni bardziej zadbanych i bardziej kochanych niż John. Tym sposobem zakompleksiony i niestabilny milioner rzuca swój własny mroczny cień na karierę Marka i życie braci.

Niejednoznaczny, pełen niedopowiedzeń film buduje przed widzem zniuansowaną psychologię postaci i nie pozwala oderwać wzroku od układanych puzzli. Bennet Miller prowadzi oparty na prawdziwej historii scenariusz pewną ręką dramaturga (jak w „Capote” i jak Capote) i buduje napięcie wokół dziwacznej postaci du Ponta, będącej w szarej strefie między dobrym a złym charakterem. Szary to kolor pasujący do Johna – jest nijaki, jego pozbawiony emocji wzrok wpatrzony w pustkę, głowa lekko uniesiona, niczym wyuczony przed lustrem ruch mający dodać cech przywódczych jego osobie. Jego homoseksualne zapędy są lekko nakreślone i nie do końca jasne, podobnie jak jego intencje wobec braci – to tylko wzmacnia dyskomfort jego zapaśników oraz widzów.

Swoją pierwszorzędną rolą Carell potwierdza niepisaną zasadę, że dobry komik to dobry aktor dołączając do zacnego grona, w którym znajdują się choćby Robin Williams, Jim Carrey czy Will Ferrell. Prawdziwy Mark Schultz, obejrzawszy swoją historię na ekranie, stwierdził, że Carell to wskrzeszenie du Ponta razem z jego wyglądem, zachowaniem, manieryzmami i wyrazami twarzy (krótki film dokumentalny nakręcony o nim za jego pieniądze można znaleźć tu bit.ly/1I3WObA). Jako fan „The Office” stwierdzam, że rola w „Foxcatcher” ma w sobie czasem coś ze smutnego klauna, jakim w serialu był Michael Scott, szczególnie w scenie, kiedy Carell chodzi po sali treningowej i próbuje pokazać swojej matce jaki z niego mentor.

Jak na męski sport, który film przybliża, „Foxcatcher” przedstawia nam ludzi wrażliwych i zagubionych, w uściskach czułych i bliskich zarówno na ringu, jak i na treningu. Tatum i Ruffalo wyglądają jak strongmeni, ale idę wbrew temu image’owi – szczególnie ten drugi: mistrz olimpijski, a przy tym prostolinijny, ciepły, rodzinny człowiek, który czas rozdziela między żonę, dzieci, brata i pracę. Nie do końca tego oczekujemy od filmowego trenera/zapaśnika. Brak tu też współzawodnictwa po trupach, do którego przyzwyczaiły nas filmy sportowe. Agresję wyczuwa się nie podczas starcia, tylko wewnątrz – tłumioną – która uchodzi w zaciszu. 

Nie jest to film rozrywkowy ani dobry na miły wieczór. To gimnastyka dla umysłu. Tempo jest powolne, muzyka zdawkowa, humoru co Nolan napłakał. Siła leży głębiej, w postaciach, zdarzeniach, emocjach. Po seansie byłem na tyle zaintrygowany, że spędziłem dobre dwie godziny na odkrywaniu prawdziwych postaci i zdarzeń. Emocje towarzyszyły mi znacznie dłużej. [m]

Dramat, USA, 130 min.
Premiera PL: 9.01.2015

Sounds legit. Bob miał dobry plan na wieczór, c’nie?

BTW, kawałek No Sympathy to lata, kiedy The Wailers grali w oryginalnym składzie, a Bob nie brylował w nazwie zespołu, bo byli jeszcze równie ważni Peter Tosh i Bunny Wailer. Ci dwaj panowie poszli w solo po nagraniu materiału do płyty Burnin’, gdzie znalazło się No Sympathy – napisane i zaśpiewane przez Tosha zresztą. „Obaj z Jamajki, obaj dużo palili, obaj czarni. Whatever” – pomyślał wydawca składanki by Bob Marley.

Ale jest #piątek#piąteczek#piątunio, więc kwestie typu „czyje to dziecko?” nam nie w głowie. Czemu? Bo skupiamy się na dojściu do numeru 3 na liście. I takich podbojów Wam też życzymy. [m]



Kto lubi Daft Punk palec do budki! Budka się zamyka i... zamienia Was w galanto odwalone kociaki, sypiące na około swagiem i yolem, a także meowem. 
No kurna, ja nie wiem, skąd niektórzy mają taki łeb, żeby kreować tego typu sztukę (yup, IMO to jakiś rodzaj sztuki). :D Ale jestem zdecydowanie na tak!
Bardzo dziękuję jednemu z naszych fanów za podesłanie mi tego cacka, jestem Ci dozgonnie wdzięczna, jako harda fanka śmiesznych kotów w internetach oraz podrygów do DP. ;) [p]


czwartek, 29 stycznia 2015

#tłustyCzwartek

PRO8L3M od jakiegoś czasu trenduje, sceptyczny byłem i ciągle jestem trochę, ale mniej jakby. 

Lata 80-te w Polsce są mi bliskie, dużo dobrej muzyki, dużo emocji się z nimi u mnie wiąże. 

Hip Hop kultura i Rap muzyka to dla mnie inna bajka, mało słucham, mało mi się podoba, wizualnie nie trawię, nadmiar słów, niedobór treści, mentalna masturbacja.

Jak się nie ma pomysłu, muzycznie, to bierze się 5 sekund z czyjejś pracy, zapętla, dodaje jakieś tam słowa i podobno to nowa jakość jest, wow wow.

I tu mam problem z PRO8L3M - Wielki SZUKrystyna Prońko - kradzież goni kradzież, lirycznie niespójne, jeśli to poddać krytyce jakiejś.

Nie wiem, kurna, nie wiem.

Coś w tym, cholera, jest, chociaż mordę krzywię.

#tłustyCzwartek, słodko-gorzki, z dylematem w tle.
[b]


środa, 28 stycznia 2015

Ja, drodzy Państwo, nie do końca wiem, jak to skomentować. Ale tak poza tym, to serio, serio - pełen zachwyt! :D Gdyż autentycznie uwielbiam takie klimaty. Chłopaki mają super pomysł na siebie, talent i dużo dystansu i humoru. To lubię, jak mawiał Mickiewicz!
Od razu mi się przypominają moje nieletnie wypady na zloty harleyowców i udawanie wielkiej znawczyni. Czy mi wierzyli, czy mieli dobrą zabawę udając, że wierzą - nieważne. Zawsze przednio się bawiłam. Przy tego typu cudach też. :D Polecam! Thunderstruck wersja mewia. ;) [p]


Polacy są wszędzie. W Hameryce są, w Jukej też, w Niemczech, a nawet na innych planetach. 

Nie wierzycie? Macie trochę racji, bo to tylko taki żarcik, hehe, w języku Szekspira, w dodatku żarcik, hehe, fizyków: All planets have Poles - czyli wszystkie planety mają bieguny/Polaków - hehe.

Żeby było jeszcze mniej zabawnie, przyznaję, że sam ów żarcik, hehe, właśnie wymyśliłem, i ni c*uja nie wiem, czy faktycznie wszystkie planety mają bieguny, ważne, że brzmi to całkiem wiarygodnie.

Ale skoro już pojawili się Polacy oraz c*uj, to warto wspomnieć o pewnej, chyba zapomnianej, diasporze naszych rodaków.

Wieść gminna niesie, że jakże przewidujący protoplaści skrajnie prawicowych naszych rodaków, w poszukiwaniu miejsca, gdzie nie będą prześladowani, wyruszyli na podbój innych kontynentów.

Teza ta kładzie kres jakowymś nonsensownym stwierdzeniom, że do Ameryk jako pierwszy dotarł niejaki Krzysztof K., tak naprawdę niewiadomego pochodzenia.

Myśmy tam pierwsi byli i swe poglądy żeśmy szerzyli, bo, jak wiadomo, Polacy są wszędzie. [b]

PS Wikipedia kłamie!



wtorek, 27 stycznia 2015

Sezon studniówkowy trwa w najlepsze, średni i przeciętni DJe nieco grosza znowu przytulą, a przecież można by wyjść nieco poza utarty szlak - może by tak Pendulum do setów włączyć? 

Rozkręca to wszelkie imprezy lepiej niż polowe dysko i dodatkowo daje +10% do prestiżu.

#studniówka2015?

Bez Pendulum nie tańczę!

Taka akcja zorganizowana. [b]


Halo? Halo? Halo!

"Ja dzwonię w takiej sprawie, że po trawie prawie potrafię cały schować się w rękawie", a i bez żadnych uabstraktyjniaczy rzeczywistości daję radę tworzyć zupełnie nowe przestrzenie równoległe do tych, które normalnie przychodzi mi eksplorować.

Czasami wydaje mi się, że byłbym dobry w reklamie, że dałbym radę tworzyć takie wyraziste slogany, zlepki słów, co to w pamięć zapadną i będą pieścić swą zajebistością wyrafinowane gusta kolejnych pokoleń.

A potem pojawia się gość z hasłem "Kup pan ten zestaw, bo to ostatni piątek w tym tygodniu" i czuję się przy nim jak Microsoft - nie, nie jak jakiś gigant, tylko bardziej dosłownie - 'małymiętki', niestety.

No a ten, kto poniższą reklamę stworzył, powinien dostać Oskara albo Nobla - ba, powinni go beatyfikować. #dobreBoPolskie? A jak!

"Jak będziesz mokra, kiedy poliże Cię piesek?"

A teraz to samo pytanie zadaje nam Iggy Pop, z papierosem w gębie, bo bez papierosa trochę głupio, zresztą może sobie raz na jakiś czas zapalić, w końcu palenie rzucił.

"Jak będziesz mokra, kiedy poliże Cię piesek?"

Wchodzi charakterystyczny motyw gitarowy i tym razem w wersji polskiej Świetlicki do mikrofonu wypluwa płuca: "Teraz chcę być Twoim psem".

No chodź! [b]



Smutno mi to ogłosić, Wydawnictwo Bazgrolle zawija swe podwoje.
Kto znał, żałuje. Chłopakom życzę owocnej pracy solowej i dzięki za to, co zrobiliście do tej pory.
BTW, niech wyznacznikiem zajebistości Waszego ostatniego dokonania -Złote Kurczaki, które zorganizowaliście drugi raz, będzie cytat z [p].
Stanęła przed wydrukowanymi i powieszonymi na ścianach kadrami z wszelakich komiksów, które wybraliście, i rzekła: "No k#@#@, niech mi ktoś teraz powie, że komiks to nie jest sztuka". AMEN [k]



niedziela, 25 stycznia 2015

HEY!
Nie ma TL;DR, czytamy! To dla nas ważne!

Na ostatnim walnym zgromadzeniu rady nadzorczej TBK poza ostrą libacją herbacianą dyskutowaliśmy na parę ważnych dla nas tematów. Od postawienia nowego bloga, przez wymianę szaty graficznej, promowanie TBK, osobiste uwagi co do wzajemnego postowania po kwestię Waszego „reading experience”.

W sprawie tego ostatniego nie obędzie się bez Waszych cennych uwag.

Owijać w bawełnę nie będziemy, TBK jest tworzone stricte dla funu i ploteczek z Wami. Uwielbiamy z Wami rozmawiać, poznajemy Was coraz bardziej i jesteście dla nas coraz bardziej rozpoznawalni (zdarzają się dialogi przez telefon bądź na żywo – „hej, X znów napisał, będzie fajna rozmowa” lub „ej, dziś skrobnę o..., na bank spodoba się X”). 

Mamy gorsze i lepsze dni/posty, ale czas spędzony z Wami jest dla nas integralną fantastyczną częścią dnia.

Przeto chcemy dowiedzieć się, co myślicie o naszych poczynaniach - tematyce postów (może chcecie, żebyśmy zagłębili się w jakieś konkretne interesujące Was tematy), macie uwagi co do indywidualnych stylów piszących (czyjeś posty uważacie za obraźliwe, nudne/ciekawe, może powinniśmy podkręcić tempo, obniżyć/podnieść poziom dosadności, a nawet obrazoburczości ([k] i [p] chętni ;>)). No sami, kurde bele, nie wiemy, kwestii jest masa. 

Stąd odpowiedzi pozostawiamy absolutnie otwarte. 

Formularz macie tu http://goo.gl/forms/PDyfQVdjGE

Możecie tez zostawić Waszego maila, jeśli chcecie się umówić na piwko w ŁDZ, Wro lub Piotrkowie Tryb.  Siaaaakoś się dogadamy:)

Wasze oddane groupies
TBK team
[m] Michał
[b] Bartek
[p] Paula
[k] Kamil

sobota, 24 stycznia 2015

TRANSCENDENCJA

czyli niepotrzebny debiut reżyserski ulubionego człowieka od kamery Christophera Nolana. Nie wiadomo, po co to wszystko, a trend mówi, że kiedy tak jest, chodzi o ekologię (za którą ostatecznie stoi kasa). Johnny Depp nie robi już żadnej miny do złej gry, po prostu rozluźnia mięśnie twarzy i czeka na przelew, kiedy scenariusz pada pod ciężarem dobrych intencji. Ten Frankestein przyszłości zapowiadał się obiecująco, ale brakło prądu, żeby tę pozszywaną z mało emocjonujących i nieprzekonujących części fabułę ożywić. [m]
#transcendence

piątek, 23 stycznia 2015

#niepłacęzapałace

Bardzo rzadko ładuję się w jakieś zrywy społecznościowe. 
Ostatni doprowadzał do biegunki od liczby zżartych jabłek. 

Na tę akcję sam osobiście jednak się rzuciłem. Szkoda, że nie zrobią takiej na FED;> Czy jestem teraz w tym śmieszny? Ocenę pozostawiam Wam.

Pozwalam sobie na opublikowanie tego tu, bo jednak temat ściśle związany z kulturą. Mam kilku znajomych ostro dymanych przez ZAiKS. 
Kumpel mi wczoraj powiedział, że aby ruszyć te nienażarte kasą dupska, potrzeba chyba akcji na kilkadziesiąt tysięcy osób, bo ktoś to wtedy zauważy.

Gdy sprawdzałem liczby wczoraj, było ponad 400 głosów mniej około 15. Dla mnie warto cisnąć. 

Wypowiadam się tu za siebie i nie jest to stanowisko [p], [m] czy [b]. Tylko moje. 

Ja zagłosowałem, bo nie znoszę ściemniających molochów łasych na kasę działających na fundamencie chorych przepisów. 
Wybór pozostawiam Wam [k]

https://www.nieplacezapalace.pl/

#piątek #piąteczek #piątunio

Niby 23 ten piątek, a taki jakiś jak 13. Choć w zabobony nie wierzę, gdyż jak znana i lubiana pieśń mówi "gruby, czarny kot przebiegł mi drogę, a uj mu w dupę nawet trzynastego w piątek!" No i tak też się nastawiam, bo jak ma się spieprzyć, to się spieprzy niezależnie od dnia i układu planet, ani tym bardziej koloru kociej sierści. No i pieprzy.

Tak więc moje przemyślenia na ten dzień... ee, tydzień. Miesiąc. Życie.. zawierają się w tym obrazku. [p]

czwartek, 22 stycznia 2015

#OldSchool

Oglądałam sobie ostatnio film John Wick. No kurde, no nie! Takie back to #oldschool kino akcji, nie porzucające jednocześnie współczesnych rozwiązań, to ja lubię, oj luuuuuuuuubię. 
Podobało mi się niemalże wszystko. 
Wspaniałe, ale to przewspaniałe zdjęcia, pełen zachwyt w tej kwestii.
Świetne tło muzyczne. Rewelka obsada. Nic, tylko oglądać. Najlepiej bardzo głośno i na dużym ekranie. 
Ostry nakurw, taki typowy maraton ciosów, strzałów i dźgnięć. Do tego masa smaczków w moim typie. Złota waluta morderców, akcent portiera w specjalnym hotelu, angielskie napisy wprasowane w kadry, gdy leciały kwieciste rosyjskie wypowiedzi. No mniam, mniam. I #WillemDafoe i #AlfieAllen i #MichaelNyqvistczyli aktorzy, których wysoce cenię, dali do pieca swoimi kreacjami postaci. I nawet #KeanuReeveswydusił z siebie modulację głosu oraz szalone zmiany mimiki. Emotikon wink No, polecam, jak ktoś takie ślicznie dopracowane rozpierduchy lubi, o! jak #oldskul Emotikon smile [p]

#mnieśmieszy

Okazało się wczoraj, że jeden z moich ulubionych filmików, które kiedyś tam, w zamierzchłych czasach raczkowania internetów, znalazł kolega cioci babci wujka znajomego chłopaka koleżanki w dziwnej części polskiego youtube'a - nie jest wszystkim znany!
I tak oto, po osobistym odegraniu przeze mnie tego dzieła na głosy z odpowiednią modulacją, doszło do prezentacji faktycznej, ku uciesze obdarowanego. A był nim [k]. Potem ładnie śpiewaliśmy, jak na filmie.
Pomyślałam, że [k] pewnie nie jest jedynym niezaznajomionym i postanowiłam się podzielić z większą gawiedzią, co by wiedzieli, jakie kanony sztuki są w mym odczuciu pięknem doskonałym. :krejzi: Miłego oglądania, robaczki! [p]


#tłustyCzwartek

Kolejny #tłustyCzwartek czas zacząć i jak to zwykle bywa, zapodajemy sobie dawkę energii, jednocześnie przeprowadzając trening mentalny.

MIA nadaje rytm, odstawiamy kubki z kawą (jeśli ktoś pija Yerba Mate, to odstawia matero), wyciągamy broń i ćwiczymy odpowiednie nastawienie. 

Wchodzimy w ten czwartek z pełnym pierdylnięciem, tak żeby z rozpędu i piątek na ścianie rozsmarować.

Wdech, wydech, go! go! go! [b]

środa, 21 stycznia 2015

Przedwczoraj stojąc pod prysznicem, oglądałam przez jego przezroczyste drzwi ten teledysk od #Sia na telefonie. Tak, puszczam sobie po wieśniacku z telefonu muzykę do kąpieli. Emotikon grin
No i oglądałam i oglądałam i szum wody akompaniował piosenkowym dźwiękom i był mym uszom wręcz milszy, niźli one.
A bo jakoś nie porywa mnie ta piosenka, a i nie rozumiem tego całego zamieszania wokół teledysku.
Nie wiem czemu ludzie się znów doszukują jakiś szalonych pedofilskich uniesień. Nie wiem też czemu inni się tak okrutnie zachwycają kreacją artystyczną.
Jak dla mnie to całokształt ni ziębi, ni grzeje.
A to, co mogę jako pewnik ze swej subiektywnej strony powiedzieć, to jedynie tyle, że Shia LaBeouf zagrał tu lepiej, niż w większości swoich filmów.Emotikon tongue Ament. [p]


Świetlicki jest kłamczuchem, bo to ja zabiłem Laurę Palmer, nie on, taka jest prawda, o tym świadczą fakty. 

Jeszcze prawie półtora roku do premiery kontynuacji Twin Peaks, a coraz mocniej denerwuję się, że może nie dorównać ona moim wyobrażeniom.

Jeszcze bardziej boję się, że to się jednak nie stanie, ale przecież potwierdzali, dawali znać, że będzie, czyż nie?

Tymczasem Stardeath and White Dwarfs nadają ton dzisiejszemu dniu i, gdzieś tak pod skórą, czuję, że IT IS HAPPENING AGAIN. W końcu.

Dzień dobry? [b]


wtorek, 20 stycznia 2015

A wczoraj urodziny miał Edek z Krainy Kredek, nasz neurotyczny cudotwórca, a przez cuda mam tu na myśli jego wspaniałe powieści i poezje. 
Człowiek, który wykreował nowelę kryminalną i stworzył pierwszą w literaturze postać detektywa, z rodzimie brzmiącym nam nazwiskiem - Dupin.
Jak doskonale wszyscy wiemy, nurzał się Poe w grotesce i makabrze, a przy tym jego twory cechowały się wysokim psychologizmem postaci.
I jak tu nie kochać #Poe, no jak? Kto ma obiekcje, niech się strzeże, bo może go trafić zabójstwo przy Rue Morge, a zdecydowanie lepiej legnąć pod kocykiem z Opowieściami miłosnymi, śmiertelnymi i tajemniczymi w łapce i powielbić wspaniałego, acz martwego Edgara Allana Poe. [p]

TBK: Rok pierwszy

W styczniu roku 2014, zadzwonił do mnie [m] i stwierdził, że od jakiegoś czasu bił się z myślami, ale w końcu gotowy jest do konkretnych działań - chciał w końcu do ludzi wyjść ze swoimi przemyśleniami, publicznie prezentować swoje poglądy, recenzje, pomysły i inne wytwory swojej mózgownicy. 

I tylko jedno pytanie: wchodzisz w to

Odpowiedź mogła być tylko jedna - eeee, no ten, wiesz, stary, pomyślę o tym

Po 3 sekundach jednak udało mi się zakończyć procesy myślowe i powiedziałem sakramentalne tak - bez dodatku "i że Cię nie opuszczę aż do śmierci". 

Bez wielkich planów ruszyliśmy.

No dobra, plany były - bawić się dobrze, może jakieś kobiety zapoznać*, może trochę fejmu nabić, szacunku na dzielni zyskać. 

Wszystko się w sumie udało, ale ciągle jest jeszcze niedosyt, dzikość serca, przeczucie, że już za zakrętem czekają jeszcze większe osiągnięcia. 

Pierwsze nasze posty poszły w internety 20 stycznia, czyli dokładnie rok temu - przez te 365 dni zrobiliśmy tyle, ile się dało, dużo czy mało, to już nie ma znaczenia. 

W międzyczasie dołączyli do TBK
[k] i [p] - świeża krew, świeże pomysły, entuzjazm, zamieszanie, wymiana niepoukładanych jeszcze myśli - dziki zachód, wolna amerykanka, "To lubię - rzekłem - to lubię" ~ A. Mickiewicz.

Przy okazji każdej rocznicy pada takie kłopotliwe pytanie - co teraz? Co dalej?

Tego nie wiem, będzie jak ma być, ważne jest to, że ten rok będzie nasz, to jest nasz czas, jestem o tym przekonany. [b]

*ta część planu była moja - [m] jest w stabilnym i udanym związku, zatem nic z tego drogie panie. I panowie.


niedziela, 18 stycznia 2015

Cały wieczór wczorajszy spędziłem z The Sisters of Mercy, a poranek, naturalnie, zaczynam od grupy James

Naturalnie, bo Sisters wzięli swą nazwę od utworu Leonarda Cohena, a Cohen budzi we mnie jakiekolwiek emocje tylko, no dobrze, głównie, kiedy jest coverowany przez Jamesów.

"So long Marianne" pana Cohena jest wspaniałym utworem, ale w aranżacjach preferowanych przez autora wypada blado, bardzo blado wręcz, zwłaszcza przy wersji Jamesów.

Chcecie, to znajdziecie, nie chcecie, wierzcie na słowo. Macie inne zdanie, proszę bardzo, ja i tak zawsze będę wolał Jamesów.

Czasy liceum, lipiec albo sierpień, szkoła się skończyła, ale wciąż dawała o sobie znać, pokazując się na horyzoncie - taki czas, kiedy chłonąłem nową muzykę 24 godziny na dobę, niekiedy dosłownie bez minuty snu, olewając to, co za kwintesencję burzliwego okresu nastoletniego się uważa - imprezy, poznawanie nowych ludzi, ryzykowne zachowania seksualne.

Trwało to chyba z rok, przeszedłem następnie do fazy, kiedy to lepiej wypić piwo z ludźmi, z którymi niewiele ma się wspólnego niż w domu siedzieć - na szczęście ta faza nie potrwała zbyt długo, zwyciężyły dawne słabości, w tym słabość do Jamesów.

W każdym razie, bez dalszych dygresji, w owym lipcu czy też sierpniu, około trzeciej nad ranem, na raczej lokalnym kanale radiowym, usłyszałem kawałek, który powywracał mój, zdominowany ówcześnie przez Led Zeppelin, Iron Maiden i pankerskie kapele, gust muzyczny.

Czy jest tu jakaś pointa? Oczywiście. Pijcie [tu miejsce na nazwę kawy, którą mógłbym w tym momencie zareklamować], a może nie ominie was spotkanie z muzyką przez duże M.

Albo prościej - posłuchajcie sobie Jamesów - może zmienią wasz punkt widzenia, siedzenia, leżenia, postrzegania. [b]


sobota, 17 stycznia 2015

"Czy wam nie przyszło nigdy do głowy,
że śnieg powinien być kolorowy?
Albo zielony, albo czerwony,
liliowy albo beż."

Zima niby jest, zimno bywa, a śniegu ni uja. Może to i lepiej, choć w żadnym rowie nie da się zorganizować zlotu miłośników letnich opon.

Na ogrzewaniu oszczędza się również, nie przewraca się człowiek tyle, chyba że akurat dał się uwieść wodzie ognistej, mniej złorzeczenia w internetach, że zimo wypierdalaj, że będzie pisana petycja o przywrócenie lata.

Ale bałwana też ulepić się nie da, śnieżką w koleżankę rzucić nie można, a sanki... zaraz, co to są sanki w ogóle?

Czekając na śnieg, nawet taki mainstreamowy, biały, odświeżam sobie Siostrzyczki Miłosierdzia - bójcie się. [b]



Jak się ma bałagan na biurku, to znaczy to, po pierwsze, że się na nim od jakiegoś czasu nie sprzątało, po drugie, ważniejsze, że się jest człowiekiem kreatywnym - udowodnili to ostatnio jacyś naukowcy, wiem, bo czytałem w internecie. 

Tyle tytułem wstępu, reszta będzie jednak o czymś innym. Przynajmniej w jakimś stopniu.

Jakiś czas temu moja kreatywność wykroczyła nawet poza ramy biurka, zdjęła buty, usiadła i poczuła się jak w domu.

Onieśmielony jej pewnością siebie, nie śmiałem zakłócać jej spokoju, trzymałem się z dala, obserwowałem ją z odległości, próbując ją w jakiś sposób oswoić.

W pewnym momencie zorientowałem się, że w nowym siedlisku mojej kreatywności mogą znajdować się pewne przedmioty, od których zależeć może przyszłość tego świata, a przynajmniej świata w takim kształcie jaki znamy.

Zapuściłem się tedy na tereny od dawna nieodwiedzane, brutalnie naruszając delikatną równowagę nowo powstałego ekosystemu, odkrywając na nowo zapomniane krajobrazy, znajdując cuda dawno już uznane za zaginione i stracone dla przyszłych pokoleń.

Wciąż nie udało mi się odnaleźć tego, czego szukałem, co oznacza, że losy świata są nadal zagrożone, jednak nie ma to już dla mnie tak dużego znaczenia bowiem...

... całkiem przypadkiem natrafiłem na 'Urban Hymns" The Verve.

Zapaliła się lampka pod kopułką, jak pies Pawłowa zacząłem obficie się ślinić i przypomniałem sobie, że The Verve to znacznie więcej niż Bitter Sweet Symphony.

Dzień dobry! [b]


środa, 14 stycznia 2015

Hłasko, Grohl, LL Cool J, Krystyna Prońko, Zakk Wylde i... Gosia Andrzejewicz - wszyscy oni urodzili się w dniu 14 stycznia. Sto lat, sto lat i tak dalej.

Jest jeszcze Slick Rick - raper, gość o którym nigdy w życiu bym nie usłyszał, gdyby nie genialna współpraca z grupą Morcheeba.

W nagranym kawałku Rick beztrosko nawija o swoim planie zabicia żony, gdyż stała się ona dla niego zupełnie nieatrakcyjna - poruszane są kwestie wagi, ogólnie seksizm i szowinizm, męsko-świński.

Wszystko to podane w konwencji żartu, a jednak coś mi podpowiada, że MC Ricky D byłby w stanie taki numer odwalić w rzeczywistości - w końcu 12 lat wcześniej próbował kropnąć swojego kuzyna.

Ricky'ego nie pozdrawiamy, ale Morcheeba zawsze poprawia humor, tak jak perspektywa wyjścia z pracy. [b]


Scorsese reżyseruje i występuje razem z DeNiro, DiCaprio i Pittem, produkuje Brett Ratner. Przy budżecie $70 milionów i domniemanej pensji rzędu 10 milionów baksów za 2 dni roboty każdego z występujących, ten film reklamujący kasyna w Makau i Manili kosztował więcej niż pełnometrażowy film Scorsese o kasynie – takie rzeczy tylko za chińskie pieniądze. Przed Wami „The Audition” – trailer epickiego filmu reklamowego stawiającego w szranki dwie muzy (dwóch muzów?) Scorsese. [m]
Można obejrzeć tutaj: www.allocine.fr/news/videos/article-18639179.html
#TheAudition #Scorsese

#OldSchool

Dziń dybry.
Kiedy byłem małym chłopcem (hej!), myślałem, że pan Głos z telewizora mówiący po naszemu podczas zagranicznych seriali to jednolita część tego, co oglądam. Stoi obok kamery i na żywo tłumaczy, zdolniacha. Nieomylny na dodatek. Mówi z telewizora, więc można mu ufać.
Kiedy byłem większym chłopcem (hej!) i miałem za sobą trochę lekcji angielskiego, zacząłem rozumieć, że ten pan Głos choćby się starał nie wiadomo jak, to dobrego żartu językowego nie przeniesie na nasze tak jak pan Scenarzysta przykazał.
Nie oglądałem 'Allo 'Allo od tego czasu i, szczerze mówiąc, boję się psuć dobre wspomnienia. Ale! Ale! Oficer Crabtree z jego dick night i couple of tits jest w orgiinale nie do przepicia. [m]

Good moaning #OldSchool!


wtorek, 13 stycznia 2015

#dobreBOpolskie

#dobreBoPolskie - najlepsze wręcz. Mega czołg, 30 ton, widzę w waszych oczach lęk. 

Na wokalu Brat Pudziana, w podkładzie coś między Sisters of Mercy a Kapitanem Nemo - zarówno Siostrzyczki, jak i Kapitana przepraszam za porównanie. 

Podmiot liryczny cechuje się wysokim poziomem agresji, a przynajmniej taki własnie wizerunek chciałby utrzymać - stal, czołg, moc - wszystko to ma za zadanie, wzmocnione przez 'mega' i 'arcy', wzbudzić w słuchaczu poczucie zagrożenia i przytłoczenia.

Czy efekt został osiągnięty? Oczywiście - dlatego też właśnie w ten sposób zaczynamy wtorek - prosto, prymitywnie, ale z mega mocą, arcyprzytupem i innymi takimi - dawać na ring! [b]


sobota, 10 stycznia 2015

Jestem su[b]iektywny - czyli pijemy za rok 2014.

W razie gdyby ktoś jeszcze nie wiedział - skończył się rok i, uwaga, rozpoczął się nowy. Niewielkie są nadzieje, że 2015 będzie lepszy, obstawiałbym, że wręcz odwrotnie, będzie tylko gorzej, a w końcu i tak wszyscy umrzemy.

Zakończenia roku przynoszą oczywiście wszelkiego rodzaju podsumowania, a jak wszyscy, to ja też - to tak w ramach noworocznego postanowienia, aby być jeszcze bardziej leniwym, a, przyznacie, wiosłowanie pod prąd trendom to kawał ciężkiej roboty.

Kategorie postanowiłem sobie wymyślać w miarę pisania, kto wie na czym się skończy. Żeby było bardziej interesująco, przynajmniej dla mnie, oraz łatwiej - bo oszczędzi mi to sprawdzania i upewniania się, postanowiłem podejść do tego podsumowania nieortodoksyjnie - 2014 rok wcale nie musi być rokiem opublikowania czy też stworzenia danego kawałka sztuki - jest to rok, w którym się z ową sztuką zapoznałem. Zatem gdybym wcześniej nie słyszał o Dżoj Dywyżyn, to spokojnie mógłbym o nich pisać.

Kategoria pierwsza - literatura.

Bezsprzecznie wygrywa Pokolenie IKEA. Kobiety - autorstwa Piotra C. - połączenie Sexu w wielkim mieście z brawurową psychoanalizą zbiorową ludzi goniących od świtu do zmierzchu za pieniądzem. Wszystko to napisane językiem tak lekkim, że zazdrość mnie zżera - ale również daje kopa do szlifowania umiejętności własnych.

Na miejscu drugim wszystko od Murakamiego - w końcu zabrałem się za czytanie go i tak oto narodziło się zauroczenie jego prozą. Już dawno nie byłem w stanie tak mocno, na pewnych poziomach, identyfikować się z bohaterami czytanych utworów. Dōmo arigatō!

Trzeciego miejsca nie przyznaję, natomiast wspomnieć trzeba o "kontynuacji" Lśnienia - dobrałem się do owej powieści na początku 2014 roku, z mocno mieszanymi uczuciami, lekturę zaś zakończyłem wstrząśnięty - po co pan King to robił, nie wiem, w sumie wiedzieć nie chcę.

Kategoria druga - film.

Tu nie mam wiele do powiedzenia, było sporo przyjemnych filmów, nic jednak nie powaliło mnie na kolana. Oczywiście, Pod Mocnym Aniołem sponiewierało mnie swoją dosadnością - wizualizacja prozy Pilcha bez pardonu wali między oczy, rzuca na kolana, zanurza w odmęty wymiocin, by na koniec zaśmiać się w oczy, pozostawiając z pytaniem, czy aby ja sam jestem lepszy od głównego bohatera, czy mogę go potępić i spojrzeć na własną gębę w lustrze.

Kategoria trzecia - krótki metraż.

Bezsprzecznie zwycięża Jutrzenka Otrzewna, choć premiera dopiero nastąpi w roku bieżącym. Dlaczego tak? Można przeczytać tutaj: http://totalnybrakkultury.blogspot.com/2014/12/off-top-jutrzenka-otrzewna.html

Czwarta kategoria - seriale.

Dobrymi tasiemcami ostatnimi czasy obrodziło, tendencja do przenoszenia najlepszych pomysłów najtęższych głów w formie odcinkowej trwa, i dobrze. Problemem jest dla mnie przyznanie miejsca drugiego czy trzeciego, jednak zwycięzca mógł być tylko jeden:

Od dawna tak intensywnie nie przeżywałem każdego odcinka, nie angażowałem się tak mocno, nie byłem tak bardzo zaaferowany, jak w przypadku tego serialu. Nie bez kozery padają porównania do Twin Peaks, dla mnie niedoścignionego wciąż wzoru.

Skoro o Twin Peaks już mowa, to na następcę tej produkcji promowany był również Hemlock Grove, jednak osobiście zawiodłem się i nie odczuwam ochoty dokończenia nawet pierwszego sezonu. Przynajmniej na razie.

Numerem dwa są dla mnie dwa seriale - Pozostawieni oraz Salem. Dwie róże konwencje, zupełnie inne światy, inne sposoby narracji, być może dlatego nie jestem w stanie ustalić kolejności w tym przypadku.

Podobnie jest z dwiema brytyjskimi produkcjami - The IT Crowd (Technicy-magicy) i Black Books (Księgarnia Black Books) - niesamowite serie, biorąc pod uwagę tempo powstawania nowości są to już raczej starocie, jednak uczyniły rok 2014 ciekawszym.

Kategoria numer pięć, pewnie ostatnia.

Tę listę mógłbym ciągnąć niemal w nieskończoność. Jak co roku, mimo wkurwiających głosów malkontentów, że teraz to już się nie robi dobrej muzyki, powstało więcej dobrego materiału, niż byłbym w stanie odsłuchać, nawet, gdybym pracę rzucił, przestał sypiać i każdego kawałka słuchał tylko jeden raz, a w bardzo wielu przypadkach jest to niemożliwe - paluchy bądź kursor myszki same kierują się w stronę przycisku replay. Dodajmy do tego wszystko to, co pominąłem w latach wcześniejszych i mamy konflikt tragiczny na miarę Antygony - ilu pozycji nie wybiorę, zawsze będzie coś, o czym warto wspomnieć, a co na ową listę się nie załapie - horror.

Pod wpływem emocji zatem, na chwilę obecną wyboru dokonuję, pewnie gdyby ktoś zapytał mnie jutro, ba, kilka godzin później, wyglądałoby to zupełnie inaczej. Kolejność przypadkowa, poza trzema wyjątkami, o czym nie omieszkam wspomnieć. Odsyłam do konkretnych utworów, ale przecież to nie tak, że tylko te kawałki są dobre - akurat tak mi się wybrało.

Walk the Moon - Anna Sun. Porywa mnie. Nie jestem typem tancerza, a tu nie jestem w stanie się oprzeć - bujam się, choćby nie wiem jak groteskowo to wyglądało.

Cage the Elephant - In One Ear. Pewnego dnia znajoma ze Zjednoczonych Stanów Północnej Ameryki napisała mi coś w stylu - ciągle zapominam, a tu w okolicy gra taki band, który na bank ci się spodoba. I trafiła.

The National -Graceless. Za każdym razem, kiedy tego słucham, mam ochotę otworzyć jakąś flachę, a potem robić to samo, co panowie w teledysku. I to jest dobre uczucie.

Grouplove - Ways to go. Boskie melodie. Zawsze wprawiają mnie w tak dobry nastrój, że aż wstyd mi za siebie. No i ta wokalistka - dla niej gotów byłbym się ustatkować, ba, nawet kościelny ślub wziąć.

Komety - Bal nadziei. Numer jeden w Polce. Nie jestem obiektywny, Komety to moja religia, Lesław zaś raz robi za jej proroka, raz za bóstwo, a najczęściej jest moim najlepszym kumplem, bratem zaginionym, facetem, który myśli jak ja.

Earl Jacob - Twoja mama lubi mnie bardziej niż Ty. Posłuchajcie, oceńcie - do mnie trafia.

Transsexdisco - Mamy trochę inaczej. Ten konkretny kawałek obwołaliśmy swego czasu hymnem TBK. Tekst wszystko tłumaczy.

Chorzy - Skończyliśmy się na Kill'em All. Pisałem o nich niedawno - mistrzowie słowa śpiewanego, chciałbym kiedyś dojść do tego poziomu.

Pięć Dwa - Make-up. Na koniec wątku polskiego mega pierdolnięcie. Bardzo ładny komentarz do otaczającej nas rzeczywistości, zmiana stylistyki, pięć razy TAK!

Ghost B.C. - Jigolo Har Megiddo. Moc. Moc i melodia. Lubię puścić sobie, kiedy chcę poczuć się jak prawdziwy outsider i swego rodzaju wizjoner - sam nie wiem czemu.

Panic! At The Disco - Girls/Girls/Boys. Z Panic! na długo straciłem kontakt. A w roku już minionym trafiłem na to właśnie - idealnie mi się życiowo zgrywało. Tak było.

The Goddamn Gallows - 7 Devils. Odkrycie roku czy też nawet dekady. Odzywa się we mnie duch niespokojny, duch tułacza, co to nie jest w stanie nigdzie na dobre zagrzać miejsca - w moim przypadku mentalnie.

Biting Elbows - Bad Motherfucker. Za klimat, za teledysk. Kopie dupę, a wszystko, co napiszę i tak będzie zbyt słabe, aby wyjaśnić czemu.

Kurt Vile - Shame Chamber. Najlepszy Kurt na świecie. Melodie, kołysanie, emocje.

Royal Blood - Ten Tonne Skeleton. Numero uno. Zostałem przejechany przez ciężarówkę, leżę, krwawię, proszę o więcej. Tak właśnie objawia nam się zajebistość w czystej postaci - Royal Blood idą tam, gdzie Jack White bał się zapuszczać - i bez żadnych wątpliwości mogą powiedzieć - veni, vidi, vici.

Tak właśnie minął mi rok, w skrócie. Czy był to dobry rok? Sztuka i kultura z pewnością mnie rozpieszczały, co chwilę podrzucając mi różne smakowite kąski. Nie napisałem nic o teatrze, grach, komiksach, street arcie, programach telewizyjnych czy innych projektach artystycznych, choć mógłbym - być może jeszcze do tego wrócę, jak chociażby do projektu 100 Hoopties, który zafascynował mnie na tyle, by śledzić, póki trwał.

Zachęcam do dyskusji, komentarzy, uwag i składania zażaleń na moje wybory - w końcu dyskusja jest ważniejsza niż monolog. [b]

[m]ÓJ TOP 2014

Bez zbędnego przedłużania zacznę, bo już jesteśmy 10 dni w nowy rok, a 2014 prosi się, żeby go ładnie zamknąć, wstążeczką przewiązać i odłożyć na półkę. W kolejności niezobowiązującej:

Strażnicy galaktyki / Guardians of the Galaxy
Wśród wielu tegorocznych mało udanych i przekombinowanych blockbusterów to właśnie „Strażnicy galaktyki” wzlatują na wysokości porządnej rozrywki. Film oczarował mnie swoją duszą. Wizualnie jest super, ale co tam ilość efektów na metr taśmy – to niezwalniająca akcja i sympatyczne, bardzo ludzkie postaci trzymają film na wysokim poziomie. Najdrobniejsze szczegóły potrafią rozśmieszyć, czarny charakter jest tak bezwzględny, że nie ma przebacz, drugi plan jest dopieszczony, a muzyka sprawia, że noga podryguje i chce się tańczyć w kinie razem z Quillem. Kino nowej przygody świeżutkie jak nigdy. „Strażników galaktyki” najlepiej jest porównać do kumpla, z którym idę na piwo, aby się pośmiać, ale przy tym mogę porozmawiać całkiem sensownie i poważnie, a nawet i serce otworzyć. Dlatego kiedy Transformersom już dawno siadły baterie, Żółwie Ninja nie są takie jak kiedyś, a Spider-Man zmaga się z niepotrzebnym rebootem, niedopasowana piątka strażników galaktyki ratuje kino rozrywkowe niczym zeszłoroczny „Pacific Rim”.
Duży plus leci też do ścieżki dźwiękowej filmu – z obrazem czy bez, chce się do niej wracać. A właściwą jej formą jest oczywiście kaseta podpisana markerem.


Detektyw / True Detective
Serial po prostu zaraźliwy. Jeden sezon wystarczył, żeby dołączyć do czołówki seriali ostatnich lat, zaraz obok „Breaking Bad”. Obsada rewelacyjna z McConaughey’em, zmienionym już na zawsze, na czele – pisano już o tym wszystko i wszędzie. Magicznie-depresyjny klimat opowieści nie pochłonął mnie na tak długo od czasu „Twin Peaks”, bo oprócz tego, że historia jest tu piekielnie wciągająca, to atmosferą ten tytuł wygrywa nad innymi. A po finale zostaje sztuczne podtrzymanie życia serii świetną ścieżką dźwiękową. Zwyczajnie drzwi do mrocznego wymiaru, w którym jest niespodziewanie wygodnie i przyjemnie.



Babadook
Trzeba powiedzieć, że 2014 w horrory obfitował i nawet były wśród nich dobre straszaki i obfite dreszcze, jak choćby „Oculus” czy „Afflicted”. Moim zdecydowanym zwycięzcą jest australijski monster movie, który swojego monstera nie zapożycza znikąd ani nie nadużywa. „Babadook” przyszedł niespodziewanie, mało wypromowany, gościł może z tydzień w kinach, po czym zniknął – właściwie to jak na horror przystało. Tyle że ten horror nie ogranicza się do jednego gatunku i podpina pod potwora dramat i powiastkę dla dzieci. Jennifer Kent rozwija swój dobry krótki metraż „Monster” (do obejrzenia tu: http://vimeo.com/39042148) i subtelnie buduje napięcie wprowadzając w życie matki i sprawiającego problemy wychowawcze syna postać wyjętą dosłownie z książki dla dzieci. Niejednoznaczny, inteligentny, wciągający i straszny, „Babadook” ma wszystko co film grozy, jak i dobry film w ogóle, mieć powinien. Baba-dook-dook-dook.


Eagleheart: Paradise Rising (Sezon 3)
Długo zanim [adult swim] dało nam "Too Many Cooks", szalone mózgi komedii wypluły z siebie niszowy serial „Eagleheart” - bez wątpienia najbardziej odjechany i absurdalnie zabawny serial, jaki moje szare komórki starały się przetrawić. Jadąc na konwencji nieśmiertelnego „Strażnika Teksasu” ten wehikuł komedii taranuje wszystko na swojej drodze, a koła nie zatrzymują się nawet na chwilę. Znane twarze pojawiają się nagle w rolach „od czapy”, numery musicalowe zaczynają się w pół zdania, krew leje się litrami, postaci niespodziewanie giną lub odradzają się, aby zaraz zginąć. Trzeci sezon o podtytule "Paradise Rising" przebija jednak dwa poprzednie i łączy 12 dziesięciominutowych odcinków w jeden epicki film, w którym Chris Monsanto (rola życia Chrisa Elliota) podróżuje przez miejsca, czasy, wymiary, aby stać się ostateczną parodią filmu. Amen.

Housebound
Odkrycie Black Bear Filmfest, horror komediowy, który straszy i śmieszy równie skutecznie. Proporcje tych pozornie odległych od siebie i tak trudnych do pogodzenia gatunków są tu idealnie zbalansowane. Opowieść o młodocianej buntowniczce, która za nieudany (ale jak zabawny) napad dostaje karę aresztu domowego u swoich rodziców. Jakby to było mało straszne – domostwo skrywa w sobie upiorną tajemnicę. Znakomity w swej prostocie pomysł rozwija się w błyskotliwy sposób czerpiąc z filmów o nawiedzonych domach oraz z Cravena, Raimiego i Jacksona za młodu. Ale dość powiedzieć, że właśnie Peter Jackson jest wśród fanów „Housebound” i podsumował go słowami bloody brilliant – tak by mogły wyglądać jego filmy, gdyby nie przydługie wakacje w Śródziemiu. Plus, za wykorzystanie potencjału starego dzwonka „Hello Moto” należy się twórcom „Housebound” level up co najmniej.


22 Jump Street
Wśród komedii z kategorią R „21 Jump Street” radziło sobie dobrze, ale to przez ten meta-sequel omal nie zakrztusiłem się ze śmiechu. Nowoczesne komedie używają sobie ochoczo jak nigdy na schematach i wyświechtanych motywach scenarzystów, często windując sytuacje i sceny na szczyty absurdu (patrz też "Eagleheart"). Twórcy "22 Jump Street" przeszli samych siebie i innych im współczesnych. Samoświadomość bycia parodią buddy movie i drugą częścią, gdzie wszystkiego więcej, mocniej, ale tak samo, nie była tak uroczo rozweselająca od czasu „Hot Shots” i „Nagiej broni”. Zgrywa na miarę braci Marx.


Zaginiona dziewczyna / Gone Girl
Fincher pozostaje sobą, daje film mocny i trzymający za gardło. Choć duch już nie tak młody jak przy „Fight Club”, „Siedem” czy „Grze”, to nadal buntowniczy i wywrotowy na tyle, żeby tą adaptacją bestsellera Gillian Flynn podkopać instytucję małżeństwa. Thriller, który przy zaledwie (aż) jednej prawdziwie brutalnej scenie spędza sen z powiek i kradnie 2 i pół godziny jakby nigdy nic. A później kolejne 2 i pół godziny. No i może jeszcze ze dwa razy.


O "Gone Girl" piszemy też tutaj: TBKprops! Zaginiona dziewczyna



Gość / The Guest
Oczywiście, że mam słabość do lat 80. i 90. oraz dumnie zwanej „starej szkoły” – można ją tłumaczyć chłonięciem młodego umysłu na haju kultury popularnej. Ja tłumaczę to po prostu unikalną jakością owej kultury i jej szkoły. Tam właśnie, w ostatniej ławce (bo który ejtisowy outsider by uważnie słuchał w pierwszej) siedzieli Adam Wingard i Simon Barrett, kumple od pióra i vhs-a. Trzy dychy na karku i trzy mocne uderzenia z rzędu w ciągu ostatnich 4 lat: „Następny jesteś ty”, „V/H/S”, a teraz „Gość”, czyli hołd dla kina gatunkowego, midnight movies, syntezatorów i Johna Carpentera, żeby wymienić choć kilka. Już pierwsze kadry dają nam pewność, że będzie groźnie i, choć przez część filmu zostajemy wodzeni co do natury zagrożenia, to nadal nie sposób wyrzucić niepokoju z tyłu głowy. Zasługa to pewnego prowadzenia kamery i zabawy rozpalającą się powoli fabułą – twórcy bezkompromisowo podążają za swoimi fascynacjami i instynktem, a z hołdu dla „starej szkoły” robią samodzielne dzieło i jazdę psychoaktywną. Całość podsycają opary mocnej elektronicznej ścieżki dźwiękowej, na której słyszymy m.in. Clan of Xymox, D.A.F., Front 242, Survive – muzyka jest dosłownie obecna i wyczuwalna w filmie, niczym przedłużenie bohaterów. Każdy ma swoją ilustrację muzyczną, a każda z nich jest niesamowicie zaraźliwa.

BONUS
Na specjalne wyróżnienie zasługują też dwa filmy, które powstały w 2013 roku, ale nasi dystrybutorzy zagapili się chyba na jakieś panny i wpuścili je do polskich kin na początku 2014. Są to "Ona" i "Wilk z Wall Street". Pierwszy - piękny sentymentalny portret mężczyzny i jego wielkiego uczucia do technologii oraz drugi - mocny, szybki i bezwstydny portret mężczyzny i jego wielkiego uczucia do pieniędzy. Jeden wyciszony, drugi GŁOŚNY, jeden wzruszający i daleki od moralizatorstwa, drugi przezabawny, idealizujący i potępiający zarazem. Oba pozostawiają widzowi wybór.

A jakie są Wasze wybory?

[m]