wtorek, 25 października 2016

Dobry, bo polski plakat filmowy: Omen (Andrzej Klimowski)

Tydzień grozy to dobry czas, żeby przypomnieć sobie ten cudowny plakat do klasycznego horroru Richarda Donnera, Omen. Malując go, Andrzej Klimowski pokazał jaja.
A propos! Chodzi legenda, że demoniczny 4-latek grający Damiena dostał rolę, ponieważ podczas castingu – kiedy dostał wskazówkę, aby zaatakować reżysera – wykazał się Metodą aktorską i kopnął Donnera właśnie to, co pokazał Klimowski.
Ale już bez jaj. Teraz na chwilę cofamy się do czasów, kiedy polski plakat filmowy mógł zostać nagrodzony przez magazyn The Hollywood Reporter drugim miejscem w branżowym konkursie na Best Poster w Los Angeles. Rok 1977. Dobre, bo polskie.
[m]

niedziela, 23 października 2016

Stało się - nie ma żadnej ciekawej rocznicy urodzin ani śmierci dziś.
Gdyby poszukać, to i pewnie by coś się znalazło, ale nie ma na to ani czasu, ani tym bardziej ochoty.
Bo jesień, bo do roboty wychodzimy po ciemku i w ciemności z tyry wracamy, zniechęceni, bez życia tak.

Jak u Kur, polska depresja w rytmie dysko polo, może to EJC, może coś jest nie tak z nami, może trza nam dołączyć do obrony terytorialnej patrioty roku, ministra Maciorewicza, choć tym razem, nożyczki w majtki trzeba sobie włożyć, żeby nas wzięli za swojaka, a nie, jak w przypadku Tymona, aby niezdolnego do służby udawać.
Zatem Szalom, geje i lesbijki, bo przecież w niedzielę, dzień święty, to nikt z lepszego sortu czytać tego nie może - wszyscy w kościółku albo ze swą heteroseksualną rodziną czas wolny spędzają na planowaniu jakby tu zagazować te kurwie, co to niedzieli nie spędzają na wychwalaniu Jezusa.
Heloł? [b]

sobota, 22 października 2016

Krótko. Noc oczyszczenia: Czas wyboru

Trzecia Noc oczyszczenia miała być kontrowersyjnym lewym sierpowym w ryj konserwatywnej Ameryki. Tytułowa czystka w okresie przedwyborczym jest w filmie sposobem na pozbycie się kandydatki na prezydenta z partii demokratycznej. Owszem, strona wizualna mówi nam: spójrzcie tylko na tych popaprańców i na ich popaprański sen. Tymczasem scenarzysta i reżyser, twórca całej trylogii, James DeMonaco krzyczy zza kamery: bij, zabij i do przodu!
Jak na najbardziej aktualną z trylogii – wchodzącą przecież na palące w USA tematy – trzecia część jest niestety najbardziej zdystansowana i uciekająca od tematu w eskapizm, a ten, co gorsza, jest wtórny i schematyczny.
Jeśli chcecie zobaczyć prawą i lewą stronę w prawdziwym, najbardziej pierwotnym starciu, lepiej obejrzyjcie ten teledysk:https://youtu.be/NUC2EQvdzmY.
[m]

wtorek, 18 października 2016

Dobry, bo polski plakat filmowy: Bez twarzy (Wiesław Walkuski)

Bez twarzy / Face/Off
Bez twarzy to jeden z najlepszych najgorszych filmów, jakie można sobie wymarzyć. Jest tak przesiąknięty złem, że naprawdę zmienia się w cudowną rozrywkę. Już jego początek ustawia poprzeczkę na wysokości napisu „Tak, tylko w tym filmie”. A po otwierającej scenie z Nicolasem Cage’em zabijającym ze snajperki dziecko Travolty jest tylko lepiej. W skrócie: Travolta naśladuje naćpanego Cage’a, a Cage jest praktycznie nadal naćpanym sobą – i jest to coś pięknego. Ten film to dziecinna kreskówka, którą John Woo rozgrywa jak śmiertelnie poważny film dla dorosłych. A w nim glina i arcyłotr zamieniają się twarzami i jakimś cudem – głosami (podobno do tego wystarczy chip w gardle) oraz sylwetkami, bo ich rodzina – nawet żona w łóżku! – nie widzi różnicy. Plus: jeszcze więcej podrywających się do lotu gołębi niż w jego poprzednich filmach. Wychodzi z tego festiwal szaleństwa, którego dzisiaj nie uświadczy się w kinie mainstreamowym zarabiającym miliony w box-office’ie. Piękne, jak oglądanie najwyższej sztuki.
Więcej: to na pewno jedyny film, który za więzienne buty magnetyczne użył metalowych butów noszonych przez armię Goomba na planie
Super Mario Bros. Czy może być lepiej? Polski plakat filmowy autorstwa Wiesława Walkuskiego z 2001 roku jest z kolei tak dobry, że aż bardzo dobry. Jeden z serii zdjęć paszportowych „na podróż do innych sennych krajów” (dzięki, Mon Decoded!), które pan Wiesław przemycił w przebraniu plakatów - zwykle służących przecież jako część kampanii marketingowej filmu. Czyli znowu piękne szaleństwo w mainstreamie? Najwyższa sztuka. [m]

piątek, 14 października 2016

Relacja: Festiwal Kamera Akcja - o krytyce filmowej i filmach

Karty z ręki, partia była bardzo udana. Teraz pora na przetasowanie. Festiwal Kamera Akcja zakończył się w niedzielę. Cztery dni, podczas których filmy się nie tylko ogląda, ale o nich się też rozmawia, pisze i analizuje. Dla Łodzi jest to bardzo cenny festiwal, który pewnego dnia może zapełnić lukę po Camerimage.

Co odróżnia Kamerę Akcję od innych krajowych imprez, to skierowanie reflektorów na postać krytyka. Gośćmi są tu przede wszystkim poważani dziennikarze filmowi – obok tych bardziej medialnych, jak Tomasz Raczek, Michał Oleszczyk czy Michał Walkiewicz, zasiadają ci znani  i poważani przez czytelników prasy o dziesiątej muzie i bywalców festiwali, m.in. Łukasz Maciejewski, Adam Kruk czy Michał Pabiś-Orzeszyna. Tym sposobem każdy ma szansę poznać różne punkty widzenia na kino i tematy około-filmowe; daje to również możliwość porównania często przeciwnych podejść do świata filmu – czyli przed naszymi oczami wywołuje dyskusję. Lepiej: pozwala włączyć się do dyskusji, która odbywa się w kreatywnej i otwartej na rozbieżne zdania atmosferze – a to jest dziś na wagę złota.

W programie były same asy: warsztaty o wideo-esejach, czyli wejściu dziennikarstwa filmowego w świat YouTube, panele dyskusyjne o selekcji festiwalowej, o polskim kinie za granicą i spotkania z artystami. Świeżo po premierze Wołynia, Wojciech Smarzowski wspominał swoje pierwsze filmy w kinie w Jedliczu, filmoznawcze przygody, studia operatorskie w łódzkiej Filmówce i anegdoty z planów oraz ciekawie opowiadał o swoich metodach pracy przy pisaniu scenariuszy, reżyserowaniu i pracy z aktorami i operatorami. Na pytania odpowiadał z charakterystyczną dla siebie bezkompromisowością i stanowczością, choć z jego wypowiedzi wyłaniał się też człowiek do głębi wrażliwy i uczuciowy. Łukasz Maciejewski przeprowadził rozmowy z Martą Cierbikowską i Bartłomiejem Topą, pokazujące, ile ciekawych słów nie padło jeszcze o sztuce aktorskiej w Polsce – kraju, gdzie aktora można posłuchać głównie w telewizji śniadaniowej.

Nie byłoby jednak Festiwalu Krytyków Sztuki Filmowej bez filmów. Tu organizatorzy też nie zawiedli, wybierając solidną porcję nowego kina ze światowych festiwali i przekładając ją klasykami, filmami mniej znanymi i jedną perełką złego kina, no może dwoma.

Pierwszy na ekranie pojawił się Alojzy, bezbłędnie wyreżyserowana i nakręcona psychologiczna opowieść o prywatnym detektywie, który po utracie ojca traci kontakt ze światem, ale nawiązuje zbawienną więź z tajemniczą kobietą nękającą go telefonami. Z początku film wciąga nas w swój świat jak rasowy kryminał – mamy prywatnego detektywa śledzącego parę kochanków, podsłuchy i nagrania video, tajemnicze telefony, podejrzenia co do tożsamości rozmówczyni i próby jej odnalezienia. Kiedy oczekujemy od historii podążania ścieżką kryminalnego thrillera, Alojzy zmienia kierunek i rozpoczyna się romantyczny komediodramat o wychodzeniu z traumy. Druga połowa filmu to zderzenie rzeczywistości z fantazją dwójki bohaterów, co daje okazję do twórczej zabawy z celuloidową materią, a wyobraźnia reżysera Tobiasa Nölle co rusz podsuwa oryginalne pomysły i rysuje piękne kadry. Nagroda FIPRESCI w Berlinie.

El Clan w reżyserii Pablo Trapero to zupełnie inny świat: przestępczy, okrutny i pozbawiony kręgosłupa moralnego. Fabuła rozgrywa się w latach 80. w Argentynie, gdzie świeżo wywalczone przemiany ustrojowe nie zdążyły jeszcze przynieść przemian mentalnych. To prawdziwa historia tytułowego klanu Puccio – rodziny, która za fasadą przeciętności kryła mroczne oblicze porywaczy, złodziei i morderców. Głową klanu jest leciwy Arquimedes, który z wyglądu przypomina stałego klienta okolicznej apteki. Uwierzyć by można, gdyby powiedział: „tyram 27 lat pod tym zegarem”, a z przestępczością „miałem tyle wspólnego, co z Mercedesami, czyli nic”. Jednak to on twardą ręką rządzi domostwem, w którym przed rodzinną kolacją odmawia się modlitwę przy stole, a przed modlitwą karmi się krzyczącą ofiarę przykutą do wanny w łazience. Córka udaje, że krzyków nie słyszy, matka usuwa się w cień, młodszy syn łapie okazję i wyjeżdża za granicę, a starszy syn przeżywa dylematy. Dynamika między członkami rodziny jest intrygująca, akcja nie pozwala się nudzić, a całość przypomina film Martina Scorsese do tego stopnia, że wyczekujemy aż Rolling Stones zaczną grać Gimme Shelter.

Nightclubbing, we’re nightclubbing, oh, isn’t it wild? – śpiewał Iggy Pop. Belgica to taki dziki film imprezowy, czy właściwie impreza filmowa. Jest tu wszystko, czego można chcieć od dobrej domówki albo suto zakrapianego wieczoru na mieście. Nie ma jednak nic, czego wcześniej byśmy nie widzieli. Dwóch braci rozkręca bar, którego nazwa widnieje w tytule filmu. Najpierw są uskrzydlające wzloty, a później, jakże by inaczej, upadek ze wszystkimi typowymi atrybutami: jest alkohol, są dragi, kobiety, zdrady i śpiew. Wszystko tu brzmi znajomo, jak cover popularnej piosenki, a tymczasem przydałoby się kilka nowych akordów, jakiś bridge czy zmiana tonacji. Po filmie jak po imprezie – szczegóły się rozmywają, ale zostaje z nami dużo dobrej muzyki, której szukamy później na YouTube'ie oraz pozytywny klimat i atmosfera samego miejsca. I po raz kolejny po głowie chodzi powracająca w takich momentach myśl: powinniśmy zdecydowanie otworzyć bar.

Bone Tomahawk to mocny koktajl z Dzikiego Zachodu wyreżyserowany z werwą przez debiutanta S. Craiga Zahlera. Historia obraca się wokół porwania miastowej lekarki przez plemię dzikusów. Na misję jej odzyskania wyrusza kulawy mąż porwanej razem z szeryfem, jego zastępcą i podróżującym kowbojem. Pierwsza część filmu to western rozpisany na bardzo dobrze dobranych aktorów. Kurt Russel z epickim wąsem, którego nie zdążył zgolić po Nienawistnej ósemce to twardy szeryf o dobrym sercu. Richard Jenkins to typ westernowego dziadka-pomagiera, a jednocześnie naiwny, roztargniony artretyk, który z reguły w tego typu fabule służy okazjonalną mądrością, aby ostatecznie skończyć jako mięso armatnie. Jest jeszcze Matthew Fox w swojej pierwszej prawdziwej roli od Zagubionych oraz Patrick Wilson jako mąż porwanej, zwykły, bogobojny facet przynoszący chleb do domu. Na końcu drogi czeka ich niemiła niespodzianka – czyli właśnie druga część filmu zmieniająca kierunek fabuły w krwawy horror. Taka mieszanka to rarytas, a przeprowadzenie naszych mocno osadzonych w westernie bohaterów na drugą stronę taśmy filmowej, do zgoła innego gatunku, ociera się o postmodernizm.

W przyszłości wszystko jest proste jak iOS w Creative Control Benjamina Dickinsona. Rządzony przez technologię świat przyszłości jest odbiciem obecnego. Jest to przyszłość, która spodobałaby się Jobsowi i w którą chce nas wysłać Zuckerberg: ograniczanie kontaktu personalnego pod płaszczykiem wirtualnego zbliżania ludzi, mniej świata rzeczywistego, a więcej aplikacji i okienek świat przesłaniających. Tak jak w przypadku Davida, pracującego dla agencji reklamowej i nadzorującego kampanię nowych okularów VR. David sam wkrótce wpada w uzależnienie od produktu, który ma reklamować – zamiast pracy, związku i znajomych woli czas spędzony ze sztuczną inteligencją, w tym noce z wyobrażeniem dziewczyny swojego przyjaciela. Film prosto, lecz dosadnie pokazuje nam, co ciągnie ze sobą rewolucja technologiczna i co każe nam poświęcić. Elegancki minimalizm wnętrz, zdjęć i kolorów (film jest w większości czarno-biały) odzwierciedla pozorne uproszczenie rzeczywistości. To wszystko może brzmieć na moralizatorski dramat, ale Creative Control to gorzka komedia, która naprawdę śmieszy, a w inteligentnych dialogach czuć inspirację kinem Woody’ego Allena. Tylko czemu ze wszystkich rzeczy, na jakie pozwala wirtualna rzeczywistość, filmowcy niezależni wybierają jedynie sztuczny seks? Czy ograniczona wyobraźnia nie jest przypadkiem przedmiotem rzeczonej krytyki?

Nicolas Winding Refn najwyraźniej jest bardzo zmęczony. Nuży go łatka reżysera Drive, nużą go fabularne ramy, postanowił więc zmęczyć swoją niegdyś oddaną widownię przydługą zabawą w MTV. Neon Demon to drugi po Tylko Bóg wybacza tytuł, który może mu znacznie utrudnić realizację kolejnych projektów. Zostaje on co prawda wierny sobie, jak artysta powinien, ale jego autorskie kino może wkrótce spotkać się z niechęcią na miarę tej, która spotkała M. Nighta Shyamalana. Z początku Neon Demon ogląda się dobrze: feeria barw i świateł hipnotyzuje, wciągając nas w atrakcyjny dla oka świat modelek, który cuchnie zgnilizną i padliną. Po tej szybkiej konstatacji film zaczyna nużyć, nie mając nic więcej do powiedzenia. Powieki stają się ciężkie, a hipnoza przeradza się w sen, aby na koniec nieprzyjemnie nas wybudzić. NWR dosadnie portretuje swoje modelki jako zwierzęta przyczajone do ataku w dżungli show-biznesu. Nie da się jednak oprzeć wrażeniu, że materiał na pięciominutowy teledysk został wydłużony do dwugodzinnego oglądania kalejdoskopu, aż do porzygu.

Umieszczenie zaraz po Neon Demon filmu Reproduktorki to niezły żart ze strony organizatorów, ale też swego rodzaju dialog, o jaki trudno na sali kinowej. Tak musiał smakować grindhouse’owy double feature. Pokazywane w ramach VHS Hell – cyklicznych pokazów filmów tak złych, że aż dobrych – Reproduktorki rozgrywają się po części wśród nowojorskich modelek. Tyle że zamiast rozdmuchiwać już i tak zbyt nadęty balon wyrafinowania a’la NWR, ten film po prostu pokazuje nam balony. Nagie. Taplające się w kisielu służącym za nasienie kosmity, który porywa dziewice i przetrzymuje je w podziemiach Nowego Jorku. Ot, tak. Nie pytajcie, bo aktorzy też nie pytali. Pokazy VHS Hell to unikalne zbiorowe doznanie, które wzbogaca lektor, kapitalnie improwizujący dialogi na żywo, punktujący słabości fabuły i wchodzący w interakcję z publicznością. I tym razem nie obyło się bez perełek niczym z Mystery Science Theatre 3000, jak np. detektyw Niepewny dzwoniący z niepewnością czy dziewczyna gotująca zupę i rozbierająca się do rosołu. Kto nie wie, o co chodzi, niech żałuje i nie przegapi następnego pokazu VHS Hell.


Siódemka z pewnością była szczęśliwa dla Festiwalu Kamera Akcja. Miłośnikom dyskusji o kinie przyszło teraz czekać rok na kolejną edycję – Łódź powinna trzymać mocno kciuki za to wydarzenie, bo może wkrótce firmować to miasto lepiej niż trasa W-Z. Tymczasem z powrotem w TBK, porcja kultury, inspiracji, pomysłów i rozmów powinna zmienić Waszego oddanego pismaka w krytyka.

#jestemkrytykiem [m]

piątek, 7 października 2016

Festiwal Krytyków Sztuki Filmowej KAMERA AKCJA - dzień I

Po pierwszym rozdaniu Festiwalu Kamera Akcja u mnie już dwa na dwa: dwie premiery i obie kapitalne. Pierwsza to fantazje szwajcarskiego prywatnego detektywa, a drugi mógł zrobić Scorsese, gdyby mieszkał w Argentynie.

Festiwal rozpoczęła niezwykle przyjemna, lekka, zwięzła i zabawna ceremonia otwarcia – luz na scenie przypomina, że Festiwal został stworzony przez miłośników kina dla miłośników kina. Pierwszy na ekranie pojawił się Alojzy (Aloys), świetnie wyreżyserowana, nakręcona i zagrana psychologiczna opowieść o prywatnym detektywie, który po utracie ojca traci kontakt ze światem, ale nawiązuje zbawienną więź z tajemniczą kobietą nękającą go telefonami. Z początku film chce nas wciągnąć w swój świat jak rasowy kryminał – mamy prywatnego detektywa śledzącego parę kochanków, podsłuchy i nagrania video, tajemnicze telefony, podejrzenia co do tożsamości rozmówczyni i próby jej odnalezienia. W momencie, kiedy oczekujemy od kryminalnej historii wkroczenia na teren thrillera, Alojzy zmienia kierunek i traktuje nas romantycznym komediodramatem o wychodzeniu z traumy. Druga połowa filmu to zderzenie rzeczywistości z fantazją dwójki bohaterów, co jest okazją do twórczej zabawy z celuloidową materią, a wyobraźnia reżysera Tobiasa Nölle co rusz podsuwa oryginalne pomysły i rysuje piękne kadry. Nagroda FIPRESCI w Berlinie.


Drugi film to zupełnie inny świat: przestępczy, okrutny i pozbawiony kręgosłupa moralnego. Fabuła El Clan Pablo Trapero rozgrywa się w latach 80. w Argentynie, gdzie świeżo wywalczone przemiany ustrojowe nie zdążyły jeszcze przynieść przemian mentalnych. To prawdziwa historia tytułowego klanu Puccio – rodziny, która za fasadą przeciętności kryła mroczne oblicze porywaczy, złodziei i morderców. Głową klanu jest leciwy Arquimedes, który z wyglądu przypomina stałego klienta okolicznej apteki. Uwierzyć by można, gdyby powiedział: „tyram 27 lat pod tym zegarem”, a z przestępczością „miałem tyle wspólnego, co z Mercedesami, czyli nic”. Jednak to on twardą ręką rządzi domostwem, w którym przed rodzinną kolacją odmawia się modlitwę przy stole, a przed modlitwą karmi się krzyczącą ofiarę przykutą do wanny w łazience. Córka udaje, że krzyków nie słyszy, matka usuwa się w cień, młodszy syn łapie okazję i wyjeżdża za granicę, a starszy syn przeżywa dylematy. Dynamika między członkami rodziny jest intrygująca, akcja nie pozwala się nudzić, a całość przypomina film Martina Scorsese do tego stopnia, że wyczekujemy aż Rolling Stones zaczną grać Gimme Shelter.


Trwa dzień drugi Festiwalu – dzisiaj m.in. polski Kamper, Belgica nagrodzona za reżyserię w Sundance, Edelry Dumały i spotkanie z twórcą, krwawa mary z Dzikiego Zachodu, czyli Bone Tomahawk (pisałem już o nim tutaj: www.totalnybrakkultury.blogspot.com/2016/01/top-2015.html) i wiele więcej.

[m]

wtorek, 4 października 2016

Dobry, bo polski plakat filmowy: Kobieta pod presją (Wasilewski)

W czasach, kiedy kobietom odmawia się praw – nie tylko przez mężczyzn, ale też przez inne kobiety – a ich indywidualność chce się zamieść pod dywan sprowadzając ją do błahej zabawy, można dojść do wniosku, że tkwimy w czarno-białej rzeczywistości rodem z Dzikiego Zachodu. Kobiety najwyraźniej powinny szukać odpowiedzi na nurtujące je pytania w Biblii, filmach o Bondzie lub tych z Johnem Wayne’em. Natomiast oglądać kobiecy świat można dzisiaj tylko oczami Michaela Baya.

Porzućmy jednowymiarową przaśność i cofnijmy się do arcydzieła Johna Cassavetesa z 1974 roku ze świetnymi rolami Geny Rowlands i Petera Falka. Tytułowa Kobieta pod presją słyszy zewsząd „bądź sobą”, kiedy tak naprawdę oczekuje się od niej, że będzie tym, czego jej mąż chce. Buntuje się przeciw swojej roli, ale jej indywidualność prowadzi ją na skraj szaleństwa. Mąż prędzej ucieknie się do przemocy, niż da kobiecie wyrazić siebie. Bo według samca alfa, który pewnie do poduszki czyta Biblię, podziwia Jamesa Bonda i za wzór męskości uważa Johna Wayne’a, życie rodzinne może mieć tylko dwa kolory: czarny lub biały.

Wydawać by się mogło, że Kobieta pod presją 50 lat po swojej premierze będzie pocztówką z przeszłości, a jednak jest niepokojąco na czasie.

Tak jak ten dobry, bo polski plakat filmowy autorstwa Mieczysława Wasilewskiego z 1978 roku.
[m]

TV: American Crime Story: Sprawa O.J. Simpsona

American Crime Story: Sprawa O.J. Simpsona pokazuje, jak sprawiedliwość padła ofiarą sprawy. To fascynujący obraz momentu w historii USA, kiedy podział rasowy sięgnął zenitu, rzucając cień na wszystko i wszystkich. Twórca Bez skazy i American Horror Story, Ryan Murphy nie był w tak dobrej formie od lat.

Być może ktoś z Was pamięta sprawę morderstwa Nicole Brown Simpson i jej przyjaciela Rona Goldmana, o którą był oskarżony były mąż Nicole, amerykański futbolista i aktor znany w Europie głównie z roli gamoniowatego Nordberga w trzech częściach Nagiej broni – O.J. Simpson. Jeśli nie pamiętacie za dobrze, tym lepiej dla Was, bo sprawa ta niesie więcej zaskoczeń i niedowierzań niż niejeden scenarzysta zdołał wymyślić w ciągu całej kariery.

W American Crime Story: Sprawie O.J. Simpsona mamy bardzo dużo bohaterów i tyle też perspektyw na proces stulecia. Dzięki umiejętnemu prowadzeniu fabuły i skupieniu się na detalach, każda z tych perspektyw dostaje należyte tło, które pozwala widzowi spojrzeć oczami innego człowieka i zrozumieć go, zanim go osądzi. Miejsce widza nie jest w fotelu przed ekranem ani w ostatnim rzędzie kinowej sali, ale w ławie przysięgłych. Seans obowiązkowy wśród polskich filmowców - przydałoby się takie wnikliwe spojrzenie, choćby za kulisy naszego politycznego cyrku.

Ostatecznie wybieramy swoją stronę barykady, ale sprawa okazuje się bardziej skomplikowana niż tylko wybór między werdyktem „winny” i „niewinny”. Czym innym jest sukces dla obrońcy Johnniego Cochrana, czym innym dla oskarżonego O.J. Simpsona, a czym innym dla prokurator Marcii Gray. Czym innym jeszcze dla milionów ludzi śledzących proces przed odbiornikami. Czy innym dla mnie i dla Ciebie.

Cuba Gooding Jr. jako O.J. Simpson w American Crime Story

Serial ma 10 odcinków i jest stworzony do binge-watchingu. Gdyby twórcy zdecydowali się wypuścić te 10 odcinków w kinach jako film, siedziałbym w fotelu przez bite 10 godzin i nie spojrzałbym ani razu na zegarek. Dlatego radzę Wam: koniecznie usiądźcie do pierwszego odcinka, a gwarantuję, że zanim się obejrzycie, serial się skończy.
[m]