wtorek, 20 sierpnia 2024

Octopus Film Festival 2024 - wywiad z organizatorami

Michał: Grzegorz Fortuna i Krystian Kujda, Organizatorzy Octopus Film Festival. Współzałożyciele firmy dystrybucyjnej Velvet Spoon, działacze kolektywu VHS Hell i kolekcjonerzy. Coś pominąłem?

Krystian: Nie no, z grubsza to chyba większość rzeczy, którymi się zajmujemy.

Michał: Rozmawiamy ostatniego dnia festiwalu. Jak się w ogóle czujecie pod koniec?

Grzegorz: Dobrze, zmęczeni, ale zadowoleni.

Krystian: Chyba z tej edycji wyciągniemy jeszcze więcej wniosków niż z wszystkich poprzednich razem wziętych. Musimy się przegrupować po tej edycji, dała nam w kość mocno. Ale ogólnie czujemy się dobrze.

Michał: No to może cofnijmy się do początków. Jak zaczęliście razem współpracę? Ogólnie nie tylko przy festiwalu.

Grzegorz: 11 lat temu ja się zgłosiłem do tego, żeby pomóc przy wypożyczalni wideo.

Krystian: Poznaliśmy się w wypożyczalni kaset wideo, aczkolwiek nie takiej zupełnie autentycznej. Ja miałem taki projekt razem z VHS Hell, że odtwarzałem wnętrze wypożyczalni kaset wideo z lat 90. na festiwalu Streetways w Gdańsku, które się odbywały jeszcze parę lat temu. No i polegało to na tym, że chciałem przenieść odbiorców tego festiwalu w czasie i oni mogli po prostu wejść do takiej wypożyczalni, która wyglądała kropka w kropkę jak ta z lat 90. No i potrzebowałem pomocy, więc Grzegorz się zgłosił, poznaliśmy się wypożyczalni, potem jakoś tak poszło.

Michał: Co było takim wspólnym projektem? Waszym?

Krystian: Pierwszym naszym wspólnym projektem, przy którym pracowaliśmy to był pokaz na pięciolecie VHS Hell.

Grzegorz: Tak, on był w kinie Zawisza, które było nieczynne…

Krystian: …od wielu lat, także nawet nie było tam prądu. Piękne stare kino z drewnianymi boazeriami na ścianach

Grzegorz: …i z niesamowitym systemem wentylacyjnym, żeliwnym.

Krystian: Też trudny projekt. Ale oczywiście nie tylko we dwóch działaliśmy, tylko z osobami, które często z nami do tej pory współpracują. Także ożywiliśmy to kino na jeden wieczór. Zrobiliśmy tam wystawę plakatów, było dużo innych atrakcji i double feature VHS-owy. Sala wypełniona po brzegi. Świetny event nam wyszedł. Muszę się pochwalić.

G: Tak, było super.

M: Jak ta współpraca przerodziła się w pomysł festiwalu.

G: To właśnie był dość skomplikowany proces, ale chyba możemy o nim powiedzieć. Zanim powstał Octopus w Gdańsku, pracowaliśmy przy czymś, co się nazywało Festiwal Filmów Kultowych. To była 19. edycja tego festiwalu.

K: 20.

G: 20, ale pierwsza w Gdańsku. I też to się odbywało na stoczni jeszcze w roku 2017. Nie do końca tam się wszystko układało tak, jak byśmy chcieli. Natomiast stwierdziliśmy, że robienie festiwalu to jest coś, co chcemy kontynuować, może niekoniecznie pod tą banderą i w taki sposób, w jaki to wyglądało wcześniej. I stąd ten pomysł przejścia na swoje, z którego zrodził się Octopus.

M: Pamiętam, że takie coś istniało i tego się nie umarło. I to dlaczego w ogóle ten projekt umarł?

To już trzeba twórcę tego projektu zapytać…

G: Natomiast mamy swoje podejrzenia. (śmiech)

K: Mamy swoje podejrzenia. Ale rzeczywiście ten festiwal przez 19 lat działał na Śląsku. Potem nastąpiły jakieś perturbacje i nieporozumienia. Więc szukał pomysłu na siebie i trafił do Gdańska. Tutaj myśmy się tą edycją zaopiekowali i to było bardzo trudne przeżycie. I to były głębokie wody dla nas, bo ten festiwal był jeszcze dłuższy niż Octopus…

G: On był za bardzo rozciągnięty w tej strukturze.

K: Jeszcze cała ta logistyka, infrastruktura tutaj, na Elektryków, też była zupełnie inna. Myśmy się tej Stoczni dopiero wówczas uczyli. A stworzyć kino w tych warunkach nie było takie proste. Teraz robimy to po prostu z marszu. Nasza ekipa techniczna świetnie się tu porusza i świetnie współpracuje z chłopakami z Elektryków. Natomiast te pierwsze podejścia były problematyczne. Natomiast sam festiwal potem chyba jeszcze przeniósł się na Śląsk na jedną edycję. Nie pamiętam, czy do Gorzowa, czy gdzieś indziej, ale na Śląsk po prostu. I potem to jakoś zgasło. Dlaczego? Nie wiemy. My byliśmy skupieni na swoim projekcie.

M: To wracając do pytania jak się dzielicie obowiązkami przy festiwalu?

(wspólny śmiech)
G: Musimy o tym pomyśleć na przyszłość. (śmiech)

K: Grzegorz jest dyrektorem programowym, ja jestem dyrektorem artystycznym. Czy to coś znaczy? Niekoniecznie, bo wymieniamy się obowiązkami. Często pracujemy razem na zasadzie burzy mózgów, ale też te nasze różne pomysły, koncepcje rodzą się naprawdę w dziwnych okolicznościach. Czasem gdzieś jedziemy samochodem w środku nocy, omawiamy coś. Jedyne, co się nauczyłem przez te lata to notować to sobie. Nawet jak nie mam swojego notesu, to po prostu wysyłam sam do siebie wiadomości, żeby rano odczytać to i stwierdzić, czy to jest na pewno nadal fajny pomysł. Jakby on się musi przemielić. Więc wymieniamy się tym obowiązkami. Powiem więcej: te obowiązki są tak średnio fajnie podzielone. Mamy małą drużynę, więc często jest tak, że każdy robi wszystko. I mi się na ostatnim pokazie zdarzało zbierać po prostu butelki po widzach, to jest naturalne, albo leżaki ładować. Natomiast to jest na pewno wyzwanie na przyszłość, bo ten festiwal tak się rozrósł, że to nie może tak wyglądać i musimy pomyśleć, żeby ta drużyna się rozrosła i żeby to wyglądało inaczej wewnętrznie.

M: To brzmi jak przeciętny polski przedsiębiorca.

K: Dokładnie, na początku lat 90. To jest nasz styl. Rozgryzłeś nas.

G: Mamy tak zwanego „pepuha” (PPH – Przedsiębiorstwo Produkcyjno-Handlowe). Zajmujemy się produkcją, dystrybucją, sklepem, myjnią samochodową, stacją benzynową…

K: Solarium i lumpeks.

G: I jeszcze wypożyczalnia kaset video oczywiście.

M: A według jakiego klucza wybieracie filmy na festiwalu?

G: To bardzo zależy. Zazwyczaj takim punktem wyjścia jest cykl. Czasami to jest dość oczywiste, bo jeśli mamy gościa, który się zgodził przyjechać, zaakceptować naszą nagrodę, to wiadomo, że nasz wybór będzie ograniczony do tych filmów, które ten gość nakręcił. W przypadku filmów nowych jest troszeczkę inaczej. Tutaj generalnie klucz jest taki, że mamy dwa cykle dla filmów nowych, czyli konkurs główny i midnight movies i w mniejszym stopniu dokument o historii kina i ośmiorniczki, ale tam są też filmy retrospektywne. Natomiast w przypadku filmów nowych to po prostu jest oglądanie dziesiątek, setek filmów rocznie i szukanie tego, co nam się najbardziej podoba i wydaje się najciekawsze. I co najbardziej chcielibyśmy pokazać widzom. Przy czym tutaj rzeczywiście podział jest taki, że do konkursu głównego trafia to, co uznajemy za najlepsze, a do midnightów trafia to, co uznajemy za niekoniecznie dobre, ale bardziej odpałowe, szalone, nieobliczalne, dziwaczne.

M: W tegorocznym programie jest jakiś film, który który czujecie, że warto by docenić bardziej, że chcieliście go pokazać z jakiegoś konkretnego względu go Wam.

G: Myślę, że chyba co roku coś takiego mamy. Chcesz zacząć od swoich?

K: Nie bez powodu filmem otwarcia była „Exhuma” („Ekshumacja”). Jesteśmy bardzo zadowoleni, że ten film pojawił się w naszym konkursie, ale takich tytułów jest więcej. Jako że zajmujemy się też dystrybucją, to oczywiście patrzymy na te filmy z myślą, co by tutaj na jesieni wprowadzić po festiwalu. I mamy tutaj parę pomysłów.

G: Ja bym dodał, obok „Exhumy”, „Kąpiel Diabła”. Mam wrażenie, że to jest film, który mimo tego, że był w Berlinie, to przeszedł troszkę bez echa przez festiwale wcześniej, a jest naprawdę mocarnym filmem o osaczeniu i o pewnych… Nie chcę zdradzać za dużo, ale jest to film, który wykorzystuje elementy folk horroru po to, żeby opowiedzieć o bardzo realnej i nieprzyjemnej sytuacji kobiet przed wiekami. Z filmów retrospektywnych myślę, że bardzo. Ja wczoraj sobie obejrzałem kilkanaście minut „Władcy lalek”, którego nie widziałem z 15 lat i to było też przyjemne doświadczenie, bo mimo tego, że Charles Band kręcił dziesiątki filmów rocznie, to ten film jest naprawdę świetnym horrorem, bardzo sprawnie nakręconym i pomysłowym. Filmem, którego też zależało mi, żeby pokazać szerszej publiczności jest „60 sekund”, czyli dziecko wychuchane człowieka, który wcześniej zajmował się holowaniem samochodów i prowadzeniem parkingów, po czym wszedł w produkcję filmową i nakręcił jeden z największych przebojów roku, co jest historią niepojętą i zdarza się może raz na dekadę. A ten film jest też przepełniony miłością do kina i do samochodów, co też układa się z moimi fascynacjami.