Michał: Grzegorz Fortuna i Krystian Kujda, Organizatorzy Octopus Film Festival. Współzałożyciele firmy dystrybucyjnej Velvet Spoon, działacze kolektywu VHS Hell i kolekcjonerzy. Coś pominąłem?
Krystian: Nie no, z grubsza to chyba większość rzeczy, którymi się
zajmujemy.
Michał: Rozmawiamy ostatniego dnia festiwalu. Jak się w ogóle
czujecie pod koniec?
Grzegorz: Dobrze, zmęczeni, ale zadowoleni.
Krystian: Chyba z tej edycji wyciągniemy jeszcze więcej
wniosków niż z wszystkich poprzednich razem wziętych. Musimy się przegrupować po
tej edycji, dała nam w kość mocno. Ale ogólnie czujemy się dobrze.
Michał: No to może cofnijmy się do początków. Jak zaczęliście
razem współpracę? Ogólnie nie tylko przy festiwalu.
Grzegorz: 11 lat temu ja się zgłosiłem do tego, żeby pomóc
przy wypożyczalni wideo.
Krystian: Poznaliśmy się w wypożyczalni kaset wideo,
aczkolwiek nie takiej zupełnie autentycznej. Ja miałem taki projekt razem z VHS
Hell, że odtwarzałem wnętrze wypożyczalni kaset wideo z lat 90. na festiwalu
Streetways w Gdańsku, które się odbywały jeszcze parę lat temu. No i polegało
to na tym, że chciałem przenieść odbiorców tego festiwalu w czasie i oni mogli
po prostu wejść do takiej wypożyczalni, która wyglądała kropka w kropkę jak ta
z lat 90. No i potrzebowałem pomocy, więc Grzegorz się zgłosił, poznaliśmy się
wypożyczalni, potem jakoś tak poszło.
Michał: Co było takim wspólnym projektem? Waszym?
Krystian: Pierwszym naszym wspólnym projektem, przy którym
pracowaliśmy to był pokaz na pięciolecie VHS Hell.
Grzegorz: Tak, on był w kinie Zawisza, które było nieczynne…
Krystian: …od wielu lat, także nawet nie było tam prądu.
Piękne stare kino z drewnianymi boazeriami na ścianach
Grzegorz: …i z niesamowitym systemem wentylacyjnym, żeliwnym.
Krystian: Też trudny projekt. Ale oczywiście nie tylko we
dwóch działaliśmy, tylko z osobami, które często z nami do tej pory
współpracują. Także ożywiliśmy to kino na jeden wieczór. Zrobiliśmy tam wystawę
plakatów, było dużo innych atrakcji i double feature VHS-owy. Sala wypełniona
po brzegi. Świetny event nam wyszedł. Muszę się pochwalić.
G: Tak, było super.
M: Jak ta współpraca przerodziła się w pomysł festiwalu.
G: To właśnie był dość skomplikowany proces, ale chyba możemy o nim powiedzieć.
Zanim powstał Octopus w Gdańsku, pracowaliśmy przy czymś, co się nazywało
Festiwal Filmów Kultowych. To była 19. edycja tego festiwalu.
K: 20.
G: 20, ale pierwsza w Gdańsku. I też to się odbywało na
stoczni jeszcze w roku 2017. Nie do końca tam się wszystko układało tak, jak
byśmy chcieli. Natomiast stwierdziliśmy, że robienie festiwalu to jest coś, co
chcemy kontynuować, może niekoniecznie pod tą banderą i w taki sposób, w jaki
to wyglądało wcześniej. I stąd ten pomysł przejścia na swoje, z którego zrodził
się Octopus.
M: Pamiętam, że takie coś istniało i tego się nie umarło. I
to dlaczego w ogóle ten projekt umarł?
To już trzeba twórcę tego projektu zapytać…
G: Natomiast mamy swoje podejrzenia. (śmiech)
K: Mamy swoje podejrzenia. Ale rzeczywiście ten festiwal
przez 19 lat działał na Śląsku. Potem nastąpiły jakieś perturbacje i
nieporozumienia. Więc szukał pomysłu na siebie i trafił do Gdańska. Tutaj myśmy
się tą edycją zaopiekowali i to było bardzo trudne przeżycie. I to były
głębokie wody dla nas, bo ten festiwal był jeszcze dłuższy niż Octopus…
G: On był za bardzo rozciągnięty w tej strukturze.
K: Jeszcze cała ta logistyka, infrastruktura tutaj, na Elektryków,
też była zupełnie inna. Myśmy się tej Stoczni dopiero wówczas uczyli. A stworzyć
kino w tych warunkach nie było takie proste. Teraz robimy to po prostu z
marszu. Nasza ekipa techniczna świetnie się tu porusza i świetnie współpracuje
z chłopakami z Elektryków. Natomiast te pierwsze podejścia były problematyczne.
Natomiast sam festiwal potem chyba jeszcze przeniósł się na Śląsk na jedną
edycję. Nie pamiętam, czy do Gorzowa, czy gdzieś indziej, ale na Śląsk po
prostu. I potem to jakoś zgasło. Dlaczego? Nie wiemy. My byliśmy skupieni na
swoim projekcie.
M: To wracając do pytania jak się dzielicie obowiązkami przy festiwalu?
(wspólny śmiech)
G: Musimy o tym pomyśleć na przyszłość. (śmiech)
K: Grzegorz jest dyrektorem programowym, ja jestem
dyrektorem artystycznym. Czy to coś znaczy? Niekoniecznie, bo wymieniamy się
obowiązkami. Często pracujemy razem na zasadzie burzy mózgów, ale też te nasze
różne pomysły, koncepcje rodzą się naprawdę w dziwnych okolicznościach. Czasem
gdzieś jedziemy samochodem w środku nocy, omawiamy coś. Jedyne, co się
nauczyłem przez te lata to notować to sobie. Nawet jak nie mam swojego notesu,
to po prostu wysyłam sam do siebie wiadomości, żeby rano odczytać to i
stwierdzić, czy to jest na pewno nadal fajny pomysł. Jakby on się musi
przemielić. Więc wymieniamy się tym obowiązkami. Powiem więcej: te obowiązki są
tak średnio fajnie podzielone. Mamy małą drużynę, więc często jest tak, że
każdy robi wszystko. I mi się na ostatnim pokazie zdarzało zbierać po prostu
butelki po widzach, to jest naturalne, albo leżaki ładować. Natomiast to jest
na pewno wyzwanie na przyszłość, bo ten festiwal tak się rozrósł, że to nie
może tak wyglądać i musimy pomyśleć, żeby ta drużyna się rozrosła i żeby to
wyglądało inaczej wewnętrznie.
M: To brzmi jak przeciętny polski przedsiębiorca.
K: Dokładnie, na początku lat 90. To jest nasz styl. Rozgryzłeś nas.
G: Mamy tak zwanego „pepuha” (PPH – Przedsiębiorstwo Produkcyjno-Handlowe).
Zajmujemy się produkcją, dystrybucją, sklepem, myjnią samochodową, stacją
benzynową…
K: Solarium i lumpeks.
G: I jeszcze wypożyczalnia kaset video oczywiście.
M: A według jakiego klucza wybieracie filmy na festiwalu?
G: To bardzo zależy. Zazwyczaj takim punktem wyjścia jest
cykl. Czasami to jest dość oczywiste, bo jeśli mamy gościa, który się zgodził
przyjechać, zaakceptować naszą nagrodę, to wiadomo, że nasz wybór będzie
ograniczony do tych filmów, które ten gość nakręcił. W przypadku filmów nowych
jest troszeczkę inaczej. Tutaj generalnie klucz jest taki, że mamy dwa cykle
dla filmów nowych, czyli konkurs główny i midnight movies i w mniejszym stopniu
dokument o historii kina i ośmiorniczki, ale tam są też filmy retrospektywne.
Natomiast w przypadku filmów nowych to po prostu jest oglądanie dziesiątek,
setek filmów rocznie i szukanie tego, co nam się najbardziej podoba i wydaje
się najciekawsze. I co najbardziej chcielibyśmy pokazać widzom. Przy czym tutaj
rzeczywiście podział jest taki, że do konkursu głównego trafia to, co uznajemy
za najlepsze, a do midnightów trafia to, co uznajemy za niekoniecznie dobre,
ale bardziej odpałowe, szalone, nieobliczalne, dziwaczne.
M: W tegorocznym programie jest jakiś film, który który czujecie, że warto by
docenić bardziej, że chcieliście go pokazać z jakiegoś konkretnego względu go
Wam.
G: Myślę, że chyba co roku coś takiego mamy. Chcesz zacząć
od swoich?
K: Nie bez powodu filmem otwarcia była „Exhuma” („Ekshumacja”).
Jesteśmy bardzo zadowoleni, że ten film pojawił się w naszym konkursie, ale takich
tytułów jest więcej. Jako że zajmujemy się też dystrybucją, to oczywiście
patrzymy na te filmy z myślą, co by tutaj na jesieni wprowadzić po festiwalu. I
mamy tutaj parę pomysłów.
G: Ja bym dodał, obok „Exhumy”, „Kąpiel Diabła”. Mam
wrażenie, że to jest film, który mimo tego, że był w Berlinie, to przeszedł troszkę
bez echa przez festiwale wcześniej, a jest naprawdę mocarnym filmem o osaczeniu
i o pewnych… Nie chcę zdradzać za dużo, ale jest to film, który wykorzystuje
elementy folk horroru po to, żeby opowiedzieć o bardzo realnej i nieprzyjemnej
sytuacji kobiet przed wiekami. Z filmów retrospektywnych myślę, że bardzo. Ja
wczoraj sobie obejrzałem kilkanaście minut „Władcy lalek”, którego nie
widziałem z 15 lat i to było też przyjemne doświadczenie, bo mimo tego, że
Charles Band kręcił dziesiątki filmów rocznie, to ten film jest naprawdę
świetnym horrorem, bardzo sprawnie nakręconym i pomysłowym. Filmem, którego też
zależało mi, żeby pokazać szerszej publiczności jest „60 sekund”, czyli dziecko
wychuchane człowieka, który wcześniej zajmował się holowaniem samochodów i
prowadzeniem parkingów, po czym wszedł w produkcję filmową i nakręcił jeden z
największych przebojów roku, co jest historią niepojętą i zdarza się może raz
na dekadę. A ten film jest też przepełniony miłością do kina i do samochodów,
co też układa się z moimi fascynacjami.