sobota, 10 stycznia 2015

[m]ÓJ TOP 2014

Bez zbędnego przedłużania zacznę, bo już jesteśmy 10 dni w nowy rok, a 2014 prosi się, żeby go ładnie zamknąć, wstążeczką przewiązać i odłożyć na półkę. W kolejności niezobowiązującej:

Strażnicy galaktyki / Guardians of the Galaxy
Wśród wielu tegorocznych mało udanych i przekombinowanych blockbusterów to właśnie „Strażnicy galaktyki” wzlatują na wysokości porządnej rozrywki. Film oczarował mnie swoją duszą. Wizualnie jest super, ale co tam ilość efektów na metr taśmy – to niezwalniająca akcja i sympatyczne, bardzo ludzkie postaci trzymają film na wysokim poziomie. Najdrobniejsze szczegóły potrafią rozśmieszyć, czarny charakter jest tak bezwzględny, że nie ma przebacz, drugi plan jest dopieszczony, a muzyka sprawia, że noga podryguje i chce się tańczyć w kinie razem z Quillem. Kino nowej przygody świeżutkie jak nigdy. „Strażników galaktyki” najlepiej jest porównać do kumpla, z którym idę na piwo, aby się pośmiać, ale przy tym mogę porozmawiać całkiem sensownie i poważnie, a nawet i serce otworzyć. Dlatego kiedy Transformersom już dawno siadły baterie, Żółwie Ninja nie są takie jak kiedyś, a Spider-Man zmaga się z niepotrzebnym rebootem, niedopasowana piątka strażników galaktyki ratuje kino rozrywkowe niczym zeszłoroczny „Pacific Rim”.
Duży plus leci też do ścieżki dźwiękowej filmu – z obrazem czy bez, chce się do niej wracać. A właściwą jej formą jest oczywiście kaseta podpisana markerem.


Detektyw / True Detective
Serial po prostu zaraźliwy. Jeden sezon wystarczył, żeby dołączyć do czołówki seriali ostatnich lat, zaraz obok „Breaking Bad”. Obsada rewelacyjna z McConaughey’em, zmienionym już na zawsze, na czele – pisano już o tym wszystko i wszędzie. Magicznie-depresyjny klimat opowieści nie pochłonął mnie na tak długo od czasu „Twin Peaks”, bo oprócz tego, że historia jest tu piekielnie wciągająca, to atmosferą ten tytuł wygrywa nad innymi. A po finale zostaje sztuczne podtrzymanie życia serii świetną ścieżką dźwiękową. Zwyczajnie drzwi do mrocznego wymiaru, w którym jest niespodziewanie wygodnie i przyjemnie.



Babadook
Trzeba powiedzieć, że 2014 w horrory obfitował i nawet były wśród nich dobre straszaki i obfite dreszcze, jak choćby „Oculus” czy „Afflicted”. Moim zdecydowanym zwycięzcą jest australijski monster movie, który swojego monstera nie zapożycza znikąd ani nie nadużywa. „Babadook” przyszedł niespodziewanie, mało wypromowany, gościł może z tydzień w kinach, po czym zniknął – właściwie to jak na horror przystało. Tyle że ten horror nie ogranicza się do jednego gatunku i podpina pod potwora dramat i powiastkę dla dzieci. Jennifer Kent rozwija swój dobry krótki metraż „Monster” (do obejrzenia tu: http://vimeo.com/39042148) i subtelnie buduje napięcie wprowadzając w życie matki i sprawiającego problemy wychowawcze syna postać wyjętą dosłownie z książki dla dzieci. Niejednoznaczny, inteligentny, wciągający i straszny, „Babadook” ma wszystko co film grozy, jak i dobry film w ogóle, mieć powinien. Baba-dook-dook-dook.


Eagleheart: Paradise Rising (Sezon 3)
Długo zanim [adult swim] dało nam "Too Many Cooks", szalone mózgi komedii wypluły z siebie niszowy serial „Eagleheart” - bez wątpienia najbardziej odjechany i absurdalnie zabawny serial, jaki moje szare komórki starały się przetrawić. Jadąc na konwencji nieśmiertelnego „Strażnika Teksasu” ten wehikuł komedii taranuje wszystko na swojej drodze, a koła nie zatrzymują się nawet na chwilę. Znane twarze pojawiają się nagle w rolach „od czapy”, numery musicalowe zaczynają się w pół zdania, krew leje się litrami, postaci niespodziewanie giną lub odradzają się, aby zaraz zginąć. Trzeci sezon o podtytule "Paradise Rising" przebija jednak dwa poprzednie i łączy 12 dziesięciominutowych odcinków w jeden epicki film, w którym Chris Monsanto (rola życia Chrisa Elliota) podróżuje przez miejsca, czasy, wymiary, aby stać się ostateczną parodią filmu. Amen.

Housebound
Odkrycie Black Bear Filmfest, horror komediowy, który straszy i śmieszy równie skutecznie. Proporcje tych pozornie odległych od siebie i tak trudnych do pogodzenia gatunków są tu idealnie zbalansowane. Opowieść o młodocianej buntowniczce, która za nieudany (ale jak zabawny) napad dostaje karę aresztu domowego u swoich rodziców. Jakby to było mało straszne – domostwo skrywa w sobie upiorną tajemnicę. Znakomity w swej prostocie pomysł rozwija się w błyskotliwy sposób czerpiąc z filmów o nawiedzonych domach oraz z Cravena, Raimiego i Jacksona za młodu. Ale dość powiedzieć, że właśnie Peter Jackson jest wśród fanów „Housebound” i podsumował go słowami bloody brilliant – tak by mogły wyglądać jego filmy, gdyby nie przydługie wakacje w Śródziemiu. Plus, za wykorzystanie potencjału starego dzwonka „Hello Moto” należy się twórcom „Housebound” level up co najmniej.


22 Jump Street
Wśród komedii z kategorią R „21 Jump Street” radziło sobie dobrze, ale to przez ten meta-sequel omal nie zakrztusiłem się ze śmiechu. Nowoczesne komedie używają sobie ochoczo jak nigdy na schematach i wyświechtanych motywach scenarzystów, często windując sytuacje i sceny na szczyty absurdu (patrz też "Eagleheart"). Twórcy "22 Jump Street" przeszli samych siebie i innych im współczesnych. Samoświadomość bycia parodią buddy movie i drugą częścią, gdzie wszystkiego więcej, mocniej, ale tak samo, nie była tak uroczo rozweselająca od czasu „Hot Shots” i „Nagiej broni”. Zgrywa na miarę braci Marx.


Zaginiona dziewczyna / Gone Girl
Fincher pozostaje sobą, daje film mocny i trzymający za gardło. Choć duch już nie tak młody jak przy „Fight Club”, „Siedem” czy „Grze”, to nadal buntowniczy i wywrotowy na tyle, żeby tą adaptacją bestsellera Gillian Flynn podkopać instytucję małżeństwa. Thriller, który przy zaledwie (aż) jednej prawdziwie brutalnej scenie spędza sen z powiek i kradnie 2 i pół godziny jakby nigdy nic. A później kolejne 2 i pół godziny. No i może jeszcze ze dwa razy.


O "Gone Girl" piszemy też tutaj: TBKprops! Zaginiona dziewczyna



Gość / The Guest
Oczywiście, że mam słabość do lat 80. i 90. oraz dumnie zwanej „starej szkoły” – można ją tłumaczyć chłonięciem młodego umysłu na haju kultury popularnej. Ja tłumaczę to po prostu unikalną jakością owej kultury i jej szkoły. Tam właśnie, w ostatniej ławce (bo który ejtisowy outsider by uważnie słuchał w pierwszej) siedzieli Adam Wingard i Simon Barrett, kumple od pióra i vhs-a. Trzy dychy na karku i trzy mocne uderzenia z rzędu w ciągu ostatnich 4 lat: „Następny jesteś ty”, „V/H/S”, a teraz „Gość”, czyli hołd dla kina gatunkowego, midnight movies, syntezatorów i Johna Carpentera, żeby wymienić choć kilka. Już pierwsze kadry dają nam pewność, że będzie groźnie i, choć przez część filmu zostajemy wodzeni co do natury zagrożenia, to nadal nie sposób wyrzucić niepokoju z tyłu głowy. Zasługa to pewnego prowadzenia kamery i zabawy rozpalającą się powoli fabułą – twórcy bezkompromisowo podążają za swoimi fascynacjami i instynktem, a z hołdu dla „starej szkoły” robią samodzielne dzieło i jazdę psychoaktywną. Całość podsycają opary mocnej elektronicznej ścieżki dźwiękowej, na której słyszymy m.in. Clan of Xymox, D.A.F., Front 242, Survive – muzyka jest dosłownie obecna i wyczuwalna w filmie, niczym przedłużenie bohaterów. Każdy ma swoją ilustrację muzyczną, a każda z nich jest niesamowicie zaraźliwa.

BONUS
Na specjalne wyróżnienie zasługują też dwa filmy, które powstały w 2013 roku, ale nasi dystrybutorzy zagapili się chyba na jakieś panny i wpuścili je do polskich kin na początku 2014. Są to "Ona" i "Wilk z Wall Street". Pierwszy - piękny sentymentalny portret mężczyzny i jego wielkiego uczucia do technologii oraz drugi - mocny, szybki i bezwstydny portret mężczyzny i jego wielkiego uczucia do pieniędzy. Jeden wyciszony, drugi GŁOŚNY, jeden wzruszający i daleki od moralizatorstwa, drugi przezabawny, idealizujący i potępiający zarazem. Oba pozostawiają widzowi wybór.

A jakie są Wasze wybory?

[m]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz