niedziela, 18 stycznia 2015

Cały wieczór wczorajszy spędziłem z The Sisters of Mercy, a poranek, naturalnie, zaczynam od grupy James

Naturalnie, bo Sisters wzięli swą nazwę od utworu Leonarda Cohena, a Cohen budzi we mnie jakiekolwiek emocje tylko, no dobrze, głównie, kiedy jest coverowany przez Jamesów.

"So long Marianne" pana Cohena jest wspaniałym utworem, ale w aranżacjach preferowanych przez autora wypada blado, bardzo blado wręcz, zwłaszcza przy wersji Jamesów.

Chcecie, to znajdziecie, nie chcecie, wierzcie na słowo. Macie inne zdanie, proszę bardzo, ja i tak zawsze będę wolał Jamesów.

Czasy liceum, lipiec albo sierpień, szkoła się skończyła, ale wciąż dawała o sobie znać, pokazując się na horyzoncie - taki czas, kiedy chłonąłem nową muzykę 24 godziny na dobę, niekiedy dosłownie bez minuty snu, olewając to, co za kwintesencję burzliwego okresu nastoletniego się uważa - imprezy, poznawanie nowych ludzi, ryzykowne zachowania seksualne.

Trwało to chyba z rok, przeszedłem następnie do fazy, kiedy to lepiej wypić piwo z ludźmi, z którymi niewiele ma się wspólnego niż w domu siedzieć - na szczęście ta faza nie potrwała zbyt długo, zwyciężyły dawne słabości, w tym słabość do Jamesów.

W każdym razie, bez dalszych dygresji, w owym lipcu czy też sierpniu, około trzeciej nad ranem, na raczej lokalnym kanale radiowym, usłyszałem kawałek, który powywracał mój, zdominowany ówcześnie przez Led Zeppelin, Iron Maiden i pankerskie kapele, gust muzyczny.

Czy jest tu jakaś pointa? Oczywiście. Pijcie [tu miejsce na nazwę kawy, którą mógłbym w tym momencie zareklamować], a może nie ominie was spotkanie z muzyką przez duże M.

Albo prościej - posłuchajcie sobie Jamesów - może zmienią wasz punkt widzenia, siedzenia, leżenia, postrzegania. [b]


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz