sobota, 14 marca 2015

Krótko.

LUDZIE JAK MY to przeoczony film duetu scenarzystów od blockbusterów, Kurtzman/Orci. Panowie wskrzesili serię Transformers (te dwie pierwsze części, które można było jeszcze miło obejrzeć) i Star Trek, reanimowali Mission: Impossible przy jej trzeciej odsłonie, a dla telewizji pracowali nad Alias, Fringe i Sleepy Hollow. Między tymi wszystkimi efektownymi/efekciarskimi wielomilionowymi fabułami pojawił się mały film na podstawie prawdziwej historii jednego z twórców (tego, który zajął się też reżyserią) o odkrywaniu więzów rodzinnych w niespodziewanym czasie i miejscu. Chris Pine przyjeżdża w rodzinne strony na pogrzeb ojca. W domu nie bywał częstym gościem, z rodzicami nie miał dobrego kontaktu, nawet o swój związek z Olivią Wilde nie dbał do tej pory tak jak powinien. Z testamentu dowiaduje się, że otrzymał w spadku kolekcję płyt winylowych ojca/muzyka, aby mógł, jak Johnny Cash śpiewał, get rhythm. Oprócz tego dostaje zadanie zadbania o siostrę, o której do tego momentu nie miał pojęcia. Wszystko prowadzi przez humor do wzruszeń, a rodzeństwa oglądające mogą nawet złapać się za ręce w trakcie zakończenia. Może się wydawać zapychaczem czasu do niedzielnego obiadu, ale Ludzie jak my to tak naprawdę dobra pozycja na sobotni wieczór. Warto obejrzeć tę ciepłą historię dla jej ludzkich postaci, które w ciągu dwóch godzin dojrzewają i znajdują właściwą dla siebie drogę. Pine nie ogrywa wymuskanego amanta, zamiast tego jest uciekającym od odpowiedzialności, w życiu prywatnym i w pracy, bajerantem, który nie wzbudza naszej sympatii, ale musi na nią zapracować. Michelle Pfeiffer nie starzeje się i jest nadal kobietą-kotem, tyle że udomowioną i wyciszoną. Natomiast Elizabeth Banks odkrywam na nowo z każdą jej rolą – pokazuje, że oprócz talentu komediowego i ładnego wyglądu jest też prawdziwą, niebojącą się wyzwań aktorką dramatyczną. Nagrody się jeszcze na nią posypią. [m]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz