środa, 31 stycznia 2018

[m]ój top 2017

20th century women
Jak każdy na weselu kiedyś podśpiewywał: Niech żyje wolność i swoboda! Mike Mills zabiera nas w emocjonalną podróż do schyłku lat 70, w świat peace & love. Zamiast jednak bawić się nostalgią, Mills rysuje uniwersalny i głęboko humanitarny portret czasów, ludzi i emocji. Niezwykła przyjemność.

Baby Driver
Kolejna petarda od Edgara Wrighta! Film, który obejrzę jeszcze nie raz. Heist movie i młodzieżowe Drive w jednym odjechanym, 2-godzinnym teledysku. Muzyka! Angel! Spacey! I najlepsze użycie palety barw na taśmie filmowej w 2017 roku. Wright sam powiedział kiedyś, że jego postaci są łatwe do namalowania – tak jest i tym razem, bo „Baby Driver” mógłby być stylowym, pełnym żywych kolorów komiksem.

Brawl in Cell Block 99
Dwa lata temu typowałem w topie (topowałem?) „Bone Tomahawk” S. Craiga Zahlera. W 2017 Zahler powrócił ze swoim drugim filmem i nie mam wyjścia… „Brawl in Cell Block 99” już swoim tytułem mówi czym jest i ani przez chwilę nie zbacza z drogi eksploitacji. To obraz znacznie inny niż horror-western, którym Zahler debiutował; to też film inny niż inne. To seventisowo-ejtisowe szaleństwo z prawym i sprawiedliwym bohaterem, oszczędnymi dialogami i wylewnymi pojedynkami na pięści zamknięte w puszce grindhouse’u. Najbliższy Zahlerowi AD 2017 nie jest jednak Tarantino, a Refn.

Cicha noc
Kolejny smutny obraz polskiego zaścianka? Właśnie, że nie. Film Domalewskiego wyróżnia się, choćby na tle filmów Smarzowskiego, ciepłym, ale nadal realistycznym spojrzeniem na swoich bohaterów. „Cichą noc” wypełniają nie idee, ale prawdziwi ludzie, na których nam zależy i emocje, które znamy. Napisane, zainscenizowane i wygrane bez żadnej fałszywej nuty.

Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie
Obserwacje społeczne pod płaszczem gadanej komedio-dramy. Kiedy podczas spotkania przy stole grupa znajomych wyjmuje telefony na stół, wszystkie małe i duże sekrety zaczynają wybrzmiewać z dzwonkami. Zabawne, świetnie napisane dialogi, fantastycznie odegrane przez aktorski ensemble prowadzą do inteligentnej puenty o nas samych AD 2017. Jak pyszna kolacja w gronie dobrych znajomych.

Dunkierka
Nolan znów to zrobił, tym razem odchodząc od blockbusterowej widowiskowości na rzecz realizmu wojny. „Dunkierka” jest plastyczna jak obrazy Charlesa Cundalla, którymi reżyser się inspirował, a jednocześnie prawie paradokumentalna, do tego stopnia, że w każdej chwili oczekiwałem narratora z offu i prawdziwych zdjęć z pola bitwy. Natomiast scenariuszowy zabieg trzech linii czasowych to nadal czysty Nolan.

Florida Project
W dobie nostalgicznych powrotów do dzieciństwa Sean Baker pokazuje nam światek taniego motelu na Florydzie widziany oczami najmłodszych. Społeczność tam mieszkająca jest trochę jak najniższy pokład Titanica: biedni, przegrani, bez perspektyw, ale trzymający się razem. Ich anioł stróż w postaci zarządcy motelu (wspaniały Willem Dafoe) pogrozi palcem, kiedy nie płacą czynszu, ale też stanie w obronie przed każdym z zewnątrz, który przychodzi walić w drzwi mieszkańców. Motel o bajecznej nazwie Magic Castle, usytuowany w cieniu Disneylandu i pomalowany na bajkowy fiolet, to azyl dla wyrzutków, których amerykański sen okazał się iluzją. W tej społeczności świetnie odnajduje się 6-letnia Moonee (rewelacyjna Brooklynn Prince, musi być chociaż Oscar-nom), psotliwa, wygadana, naśladująca dorosłych, choć wokół siebie nie ma najlepszych wzorców. Jej młoda mama sama jeszcze jest dużym dzieckiem, zbuntowaną, wytatuowaną przedstawicielką najniższej amerykańskiej klasy społecznej, tzw. white trash. Kalejdoskop emocji, śmiechu i wzruszeń aż do mocnego końca.

Sing Street
Cudownie naiwna bajka, napisana muzyką, muzyką i muzyką, a także humorem i pozytywną energią. Twórca Once raczy nas historią młodych chłopaków z Dublina lat 80., którzy wypowiadają słowa, jakie każda paczka kumpli wypowiada w czasach szkolnych: załóżmy zespół. Jak mówią, tak robią, a realizacja idzie im niemożliwie dobrze. „Niemożliwie” to słowo klucz, bo wiadomo, że w rzeczywistości piosenki początkujących muzyków nie brzmią tak dobrze. Ale od czego są bajki? Od tego, żeby przez dwie godziny w nie wierzyć i świetnie się bawić. Do Sing Street i jego ścieżki dźwiękowej chce się wracać – tym większa szkoda, że dystrybutor nie wypuścił filmu w kinach ani na żadnym nośniku. Smutna buźka.

Split
Shyamalan nie wrócił, bo tak naprawdę nigdzie sobie nie poszedł. Po etapie niełaski to widzowie do niego wrócili. W „Split” jego wizja jest spójna jak zawsze, napięcie wysokie jak diabli, a twisty windują film na wyższy poziom – zaczątek nowego filmowego uniwersum. SCU: Shyamalan Cinematic Universe jest tym, czego świat potrzebował. McAvoy pięknie szarżuje w swoich rolach, a M. Night usuwa się w cień – ba! – nawet z siebie żartuje. Mało? Oprócz kapitalnej gatunkowości, „Split” jest też arcyciekawym studium radzenia sobie z traumą, a zakończenie jednocześnie straszy i wzrusza.

Star Wars 8
Jako nie-fan kultowej Sagi nie jestem najzasadniejszym głosem w dyskusji o Gwiezdnych wojnach. Wiem jednak, kiedy mam do czynienia z dobrym filmem. Rian Johnson w ciągu 2 i pół godziny przekonał mnie do swojej wizji bardziej niż George Lucas przez swoje 13 godzin.

Strażnicy galaktyki 2
Marvel według Jamesa Gunna to rozrywka z cholernie dużym serduchem.

Sztuka kochania
2017 to dobry rok dla polskiego kina. Historia Michaliny Wisłockiej jest nie tylko opowieścią na czasie, ale też motywującym portretem niebanalnej kobiety. Dwie rzeczy, których w polskim kinie próżno było szukać. I trzecia: to uniwersalny film, który będzie zrozumiały wszędzie tam, gdzie dociera kino. Doceniony przez krytykę i widzów w Polsce, chętnie oglądany w kinie i polecany znajomym – można śmiało stawiać „Sztukę kochania” jako przykład w rodzimych szkołach filmowych.

The Square
Tymczasem w świecie kultury wysokiej… Dyrektor muzeum sztuki nowoczesnej angażuje się w wypromowanie nowej instalacji – tytułowego kwadratu, „azylu zaufania i troski”. Punkt wyjścia poniekąd z życia wzięty, bo reżyser był autorem takiej samej instalacji w jednym ze szwedzkich muzeów. Ruben Ostlund podchodzi z dużą dozą ironii do sztuki samej w sobie, jak również do swoich bohaterów, otacza ich chaosem, w którym próbują się odnaleźć. „The Square” to na poły film i prowokacja. Jak dobry artysta, Ostlund zmusza nas do myślenia: obłuda rządzi światem i nawet sztuka nic na to nie poradzi. Smutne refleksje, ale film równie zabawny, co niepokojący.

To
Jeśli o horrory idzie, nie było w 2017 lepszego niż „To”. Bijąca na głowę adaptację z Timem Curry, nowa wersja korzysta z fandomu „Stranger Things” i usprawnia wszystko, co nie do końca grało w rekordowo popularnym serialu. Zamiast stawiać na fetyszyzowanie ejtisowych rekwizytów, film idzie swoją drogą i zabiera nas w podróż, a rekwizyty tworzą bogate tło dla najstraszniejszej przygody życia. Młody Skarsgard wybornie odnalazł się w roli Pennywise’a.


Uciekaj
Najlepszy debiut od czasu „Szóstego zmysłu”. „Uciekaj!” to inteligentne i bezkompromisowe kino gatunkowe, które z łatwością przechodzi od horroru, przez komedię do satyry społecznej. Pierwszy film Jordana Peele’a niespodziewanie podbija wszystkie festiwale i zdobywa nagrody krytyków, co może doprowadzić do niecodziennej sytuacji w filmowymi światku: czarna komedia/horror z Oscarem?

niedziela, 8 stycznia 2017

Subiektywny TOP 10: Najlepsze filmy 2016

2016 był dziwnym rokiem. Smutne pożegnania, gorzkie rozczarowania, złe wiadomości – a z drugiej strony urodzaj filmowy i serialowy. Być może właśnie w reakcji na zastaną rzeczywistość rekordy kasowe zostały pobite, a liczba filmów w obiegu kinowym zwiększyła się. Ale ile z tego było oryginalnego materiału, a ile wywlekania trupów z szafy? No cóż…

Zestawienie najlepiej zarabiających filmów mijającego roku podtrzymuje status quo: dominację bajek i nienaruszalną pozycję (aktualnych oraz wiecznych) dzieci. Zeszłoroczny rekordzista, Universal Pictures z blisko 6,9 mld dolarów wpływów, został już pobity przez konglomerat Disneya, który zgarnął w tym roku ponad 7 miliardów. Takie pieniądze zarabiają dzisiaj wyłącznie sequele, remake’i, animacje i adaptacje, w szczególności komiksów. WYŁĄCZNIE. Nie odcinam się od grupy docelowej Universala i Disneya, bo siedzę w niej jednym pośladkiem. Jednak odkrywam w sobie coraz większą chęć podniesienia tyłka z fotela i opuszczenia tej grupy. Jest w tym może trochę potrzeby bycia outsiderem, ale w większości powoduje mną zmęczenie materiału. Zauważam z pewnym zaskoczeniem, że spośród 20 największych kasowych hitów 2016 roku, w kinie obejrzałem 4 (Batman v Superman, Legion samobójców, Fantastyczne zwierzęta, Ghostbusters). Disney nie wzbogacił się dzięki mnie, ale z dumą mogę powiedzieć, że zasiliłem konta m.in. Paramountu, Bold Films, Silver Pictures, Bad Robot, Lionsgate czy New Line Cinema.

Co to znaczy? Że jestem wybredny? A może kieruje mną przywiązanie do estetyki kina sprzed lat? W końcu Paramount, Silver Pictures, New Line czy Bad Robot przywołują od razu skojarzenia z klasycznym kinem hollywoodzkim, ejtisami, małomównymi twardzielami i nową przygodą. Najlepiej sprawdzić to drogą podsumowania – zebrałem filmy wyprodukowane w 2016 roku, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Dzielę się z Wami, a Wy możecie ocenić sami, czy jestem wybredny, czy kieruje mną nostalgia, czy może do końca stetryczałem. W każdym razie, w kolejności niezobowiązującej…

Nie widziałem w 2016 drugiego takiego filmu, co Człowiek-scyzoryk (Swiss Army Man). Poprawka: nie widziałem jeszcze takiego filmu – kropka. Film, który zaistniał jako „ten, w którym Harry Potter gra pierdzące zwłoki”, a okazał się mądrą groteską o istocie człowieczeństwa. Zrobiony przez Dana Kwana i Daniela Scheinerta , duet odpowiedzialny za muzyczną petardę – teledysk do Turn Down For What. Człowiek-scyzoryk zaczyna się jak zwariowana komedia, aby z każdym kilometrem przebytym przez Paula Dano z martwym Danielem Radcliffe’em na plecach zyskiwać na znaczeniu. W tym szaleństwie jest metoda: surrealistyczne wizje sąsiadują z ulotną prawdą o tym padole i jego ograniczeniach. Aż do niewygodnego zakończenia, podczas którego ostateczną prawdą jest to, że wszystko idzie w piach - i nawet wtedy twórcy nie potrafią zachować poważnej miny. Film, który zostaje z widzem i dosłownie kończy się słowami „What the fuck?”.

Siła Under the Shadow leży w jego osadzeniu w rzeczywistym koszmarze Bliskiego Wschodu. Zamiast jednak epatować tragizmem i bezsensem wojny, o którym słyszymy codziennie, Babak Anvari idzie w gatunek, który działa na dwóch poziomach: jako kino grozy i jako kino społecznie zaangażowane. To duszny horror rozgrywający się w Iranie w latach 80. Matka z córką przeżywają koszmar, kiedy po bombardowaniu Tehranu ich dom zaczynają nawiedzać złe siły – a na zewnątrz nie czeka na nie ratunek i zbawienie, jak to ma zazwyczaj miejsce w tego typu historiach. Jedyne schronienie kobiety i dziewczynki to ich mieszkanie. Matka zasłania okna, kiedy ćwiczy do zjechanej taśmy VHS z treningiem Jane Fondy. W jednej ze scen nawiedzenia zjawa przybiera postać wielkiego hidżabu – chusty, którą kobiety zasłaniają swe wdzięki w towarzystwie mężczyzn, ale która w Islamie również może oddzielać człowieka od Boga. Najlepsze wykorzystanie kina grozy w tym roku.

Landmine Goes Click to trzymająca za gardło rozprawa o zemście, która jest niczym ładunek wybuchowy raniący odłamkami każdego w swoim zasięgu. Zaczyna się jak survival thriller, a kończy jak europejskie wydanie Tarantino. Trójka przyjaciół na wyjeździe w Gruzji nocuje pod namiotami na zboczu góry. Dwoje z nich to para narzeczonych, trzeci to przyszły świadek. Traf chce, że ten ostatni następuje na minę i nie może się ruszyć do czasu, aż pozostali zorganizują pomoc. Wtedy na jaw wychodzi zdrada dziewczyny z przyjacielem, a cała sytuacja okazuje się czymś więcej niż zwykłym trafem. Nagrodzony przez publiczność Splat Fest Horror Film Festivalu 2016 scenariusz jest jednym z lepszych, jakie kino niezależne w zeszłym roku spłodziło. Film zaskakuje i wciąga, a w swoim ascetyzmie znajduje siłę. Reżyser Levan Bakhia prowadzi nas przez niewygodne pytania, na które nie daje odpowiedzi, a swoim bohaterom odmawia oczyszczenia.

Creative Control upraszcza przyszłość niczym iOS. Rządzony przez technologię świat przedstawiony jest odbiciem obecnego. Jest to przyszłość, która spodobałaby się Jobsowi i w którą chce nas wysłać Zuckerberg: ograniczanie kontaktu personalnego pod płaszczykiem wirtualnego zbliżania ludzi, mniej świata rzeczywistego, a więcej aplikacji i okienek świat przesłaniających. Tak jak w przypadku Davida, pracującego dla agencji reklamowej i nadzorującego kampanię nowych okularów VR. David sam wkrótce wpada w uzależnienie od produktu, który ma reklamować – zamiast pracy, związku i znajomych woli czas spędzony ze sztuczną inteligencją, w tym noce z wyobrażeniem dziewczyny swojego przyjaciela. Film prosto, lecz dosadnie pokazuje nam, co ciągnie ze sobą rewolucja technologiczna i co każe nam poświęcić. Elegancki minimalizm wnętrz, zdjęć i kolorów odzwierciedla pozorne uproszczenie rzeczywistości. To wszystko może brzmieć na moralizatorski dramat, ale Creative Control to gorzka komedia, która naprawdę śmieszy, a w inteligentnych dialogach czuć inspirację kinem Woody’ego Allena.

Alojzy to bezbłędnie wyreżyserowana i nakręcona psychologiczna opowieść o prywatnym detektywie, który po utracie ojca traci kontakt ze światem, ale nawiązuje zbawienną więź z tajemniczą kobietą nękającą go telefonami. Z początku film wciąga nas w swój świat jak rasowy kryminał – mamy prywatnego detektywa śledzącego parę kochanków, podsłuchy i nagrania video, tajemnicze telefony, podejrzenia co do tożsamości rozmówczyni i próby jej odnalezienia. Kiedy oczekujemy od historii podążania ścieżką kryminalnego thrillera, Alojzy zmienia kierunek i rozpoczyna się romantyczny komediodramat o wychodzeniu z traumy. Druga połowa filmu to zderzenie rzeczywistości z fantazją dwójki bohaterów, co daje okazję do twórczej zabawy z celuloidową materią, a wyobraźnia reżysera Tobiasa Nölle co rusz podsuwa oryginalne pomysły i rysuje piękne kadry.

10 Cloverfield Lane nie jest typową „dwójką” z większym budżetem i lepszymi efektami. Przeciwnie – film kosztował 5 razy mniej i zamiast rozwałki stawia na psychologię i napięcie. Piątka już za sam punkt wyjścia sequela! Przez dużą część filmu oglądamy tylko trójkę bohaterów, na dodatek zamkniętych pod ziemią. Samcem alfa wśród nich jest Howard grany przez Johna Goodmana, którego przytłaczająca postura i mina wkurzonego teścia robią tak dużo dla tego filmu, co monstrum dla części pierwszej. Kroku dotrzymuje mu Michelle (Mary Elizabeth Winstead), twarda, inteligentna babka, która ze swoją pomysłowością i zaradnością pasowałaby do ekipy Nostromo. Dużymi plusami filmu są napięcie, klaustrofobiczna atmosfera, dobry scenariusz i dialogi. Dan Trachtenberg w swoim pełnometrażowym debiucie wykazuje się wyczuciem i inscenizuje swoje przedstawienie z dbałością o takie szczegóły, jak płyty w szafie grającej, filmy na półce, a nawet zasłonę prysznica. A skoro jesteśmy pod prysznicem – pierwszy akt 10 Cloverfield Lane jest rozegrany niczym wariacja na temat Psychozy. Nie tylko zaczyna się od hitchcockowskiego trzęsienia ziemi, ale też nawiązuje do niefortunnej ucieczki Marion Crane prosto w łapska Normana Batesa.

Nice Guys to 2 godziny spędzone w wybornym towarzystwie, przy butelce whisky i sypanych z rękawa niepoważnych anegdotach. Crowe i Gosling tryskają chemią, a Shane Black jest u siebie, rozkłada nogi na fotelu i dyryguje komediowym spektaklem noir pewną ręką. Do Kiss Kiss Bang Bang trochę brakuje, ale mimo to jest ławica pereł: m.in. scena realistycznego rozbijania szyby w drzwiach, leżący protest, Gosling w toalecie czy cała scena ekstrawaganckiej imprezy.



Najlepszą najgłupszą komedię roku dostarczył Sacha Baron Cohen. Grimsby jest tak spektakularnie w złym guście, że trudno tego nie docenić. Po nieudanym Brunie i niezłym Dyktatorze Cohen wraca do strzelania gagami z prędkością karabinu maszynowego, obrażając przy tym prawie każdego, a w szczególności swoich rodaków. Większość gagów trafia w tarczę i wywołuje salwy śmiechu, pod warunkiem, że wyłączymy kubki smakowe. Rozrywka dla lubiących przekraczanie granic w kinie, dla fanów Johna Watersa i braci Farrelly.


Druga szalona komedia w zestawieniu, Popstar: Never Stop Never Stopping, przypomniała mi, jak bardzo brakowało chłopaków z The Lonely Island w kinie. Od ich Hot Roda minęło już 10 lat, komediowy zespół, który zaczynał w Saturday Night Live wydał 3 płyty, a Andy Samberg stał się w międzyczasie gwiazdą. Ich nowy projekt jest parodią dokumentu muzycznego, a najwięcej czerpie z filmów o młodzieżowych gwiazdach typu Justina Biebera (poczynając od przezabawnego tytułu, na wyglądzie głównego bohatera kończąc). Większy budżet, więcej gościnnych występów gwiazd, większy rozmach i to samo absurdalne poczucie humoru. Cool beans!

Jeśli Stranger Things stonowałoby swoją nostalgię i położyło nacisk na realizm, wyszłoby coś w stylu Midnight Special. Film Jeffa Nicholsa jest w wielu aspektach podobny do hitowego serialu i równie wciągający, ale zamiast czystej zgrywy oferuje doznanie głębsze i bardziej dojrzałe. Michael Shannon, świetny jak zawsze, ucieka z synem przed agentami rządowymi i bezwzględną sektą, która chce wykorzystać tajemnicze zdolności chłopca. Fabuła na poły science-fiction, na poły komiksowa, a film całkowicie czarujący. Po Shotgun Stories, Take Shelter i Mud, Nichols pokazuje, że z taką samą ambicją podchodzi do kina spod znaku Spielberga i wychodzi mu równie dobrze, co dojmujące dramaty.

Specjalna wzmianka należy się polskiemu kinu gatunkowemu, które w 2016 sprawiło, że chciało się płacić za bilet do kina. Osiągnęły to Planeta singli i Na granicy. Pierwszy, komedia romantyczna, która jest autentycznie zabawna i słodka, a drugi – thriller z prawdziwego zdarzenia. Jeśli dodamy do tego telewizyjny hit Canal+, czyli serial Belfer, mamy poważny znak prawdziwej dobrej zmiany, której nie musimy się wstydzić: artyści z profesjonalnym warsztatem tworzący kino dla ludzi myślących.

To tyle na teraz. A jak wygląda Wasz TOP 10 2016? Piszcie, jakich filmów brakuje na liście.

PS. Dzięki za rok czytania TBK! No to siup, za jeszcze lepszy rok 2017!

[m]

środa, 14 grudnia 2016

TV: Westworld

Kiedy HBO ogłosiło plany realizacji serialu na podstawie westernu science-fiction z 1973 roku, pomyślałem, że to ekscentryczna decyzja. Wszak oryginał nie był najwyższych lotów, nie ma dzisiaj statusu dzieła kultowego, tylko ramotki, która jako pierwsza użyła cyfrowego przetwarzania obrazu i perspektywy androida. To debiut filmowy autora Michaela Crichtona, który wcale nie chciał zaczynać przygody z kinem od tego filmu, a wręcz zniechęcił go na parę lat przez trudną współpracę ze studiem MGM. Mimo wszystko, Świat Dzikiego Zachodu stał się sukcesem finansowym i zebrał dobre recenzje, a ja pamiętam go z dzieciństwa ze względu na zimnego jak stal Yula Brynnera. Jednak przy Westworld oryginalny Świat Dzikiego Zachodu może tylko majaczyć w tle jako Easter egg.
Już rozumiem, dlaczego Jonathan Nolan chciał odwiedzić Dellos, park rozrywki przyszłości. Zobaczył potencjał, jaki kryje się w tej opowieści, wszystkie szanse stracone w 1973 roku, teraz jeszcze bardziej aktualne i leżące na wyciągnięcie ręki. Świadczy to o jego ogromnym talencie i zmyśle do dobrych, wielowymiarowych historii, że z ramotki Crichtona zrobił arcyciekawy serial, który można odczytywać jako traktat o istocie człowieczeństwa, analizę natury kina i studium odrealnienia naszej rzeczywistości. Westworld to labirynt znaczeń, po którym błądzi się jak po otwartym świecie nielinearnej gry komputerowej. „Wiesz, dlaczego to bije na głowę realny świat? Realny świat to tylko chaos, przypadek. Tutaj każdy szczegół składa się na większą całość” – mówi mężczyzna w czerni (Ed Harris), gracz szukający sensu leżącego na końcu całej rozgrywki.
Westworld, HBO
W gruncie rzeczy Westworld jest właśnie grą przepuszczoną przez rewizjonistyczny filtr współczesnej telewizji. Tym bardziej znaczące jest, że kiedy w kinie mamy falę sequeli, adaptacji komiksów i remake’ów hitów, które nie zdążyły nawet dorosnąć, HBO bierze na tapetę taki Świat Dzikiego Zachodu i daje artyście pełną wolność, żeby stworzył coś z niczego. Drugiego sezonu możemy się spodziewać dopiero w 2018 roku – bo Nolan z żoną stwierdzili, że nie potrafią robić dobrych historii rok po roku. Wolność = jakość.
Mimo że przeczuwam wielkość Dunkierki, chciałbym, żeby Jonathan i Christopher wrócili do wspólnego tworzenia. Może właśnie przy drugiej serii Westworld? To byłby idealny scenariusz. I reżyseria. Bo takich dwóch jak Nolanowie to nie ma ani jednego. [m]

wtorek, 13 grudnia 2016

Dobry, bo polski plakat filmowy: Świat Dzikiego Zachodu (Jan Młodożeniec)

Świat Dzikiego Zachodu / Westworld
Oglądaliście już Westworld?
Nie wiem, czy znacie oryginał, na podstawie którego Jonathan Nolan wraz z żoną Lisą Joy stworzyli dla HBO swój serial. Świat Dzikiego Zachodu był debiutem kinowym Michaela Crichtona, który później napisał m.in. książkowy Park Jurajski. Nie był to dla niego debiut udany, bo przez ingerencję studia MGM Crichton nie miał wpływu na obsadę, zmiany w scenariuszu, dokrętki i przemontowanie filmu. Później przyznał, że ponowny montaż wyszedł filmowi na dobre, bo początkowy efekt jego pracy był długi i nudny. Nie muszę chyba dodawać, że Crichton chciał dać sobie spokój z krzesłem reżyserskim. Zmienił zdanie 5 lat później kręcąc aż dwa filmy: Wielki napad na pociąg i Coma z Michaelem Douglasem.
Niech ten dobry, bo polski plakat filmowy autorstwa Jana Młodożeńca z 1976 roku będzie też zapowiedzią - jutro małe co nieco o serialu HBO. [m]

niedziela, 11 grudnia 2016

Dandy Warhols: Distortland

Generalnie nie trzymam... nie, nie moczu, i nie chodzi wcale o to, że pewna firma wyłożyła pewną ilość gotówki, pod stołem i bez podatku, żeby ich produkt zareklamować.
Nie trzymam ręki na pulsie, jeśli chodzi o nowe płyty kapel, które kiedyś robiły na mnie wrażenie. Wczorajszy wpis o The Coral? Czysty przypadek, choć miło było powspominać.
The Dandy Warhols w pewnym momencie mojego życia byli zespołem, bez którego nie wyobrażałem sobie dnia, a jednak, po wyuczeniu się ich wszystkich kawałków na pamięć, poszli w odstawkę.
Aż do niedawna, kiedy to, przypadkiem, pojawili się ponownie na playliście, bo może i heroina jest passé, ale niektóre utwory zawsze pozostaną dobrymi kompanami podróży.
Posłuchałem tego i owego, po czym postanowiłem sprawdzić co obecnie Courtney Taylor-Taylor i spółka porabiają.
No i zdziwienie - jest nowa płyta, wydana na początku tego roku. You Are Killing Me wchodzi całkiem przyzwoicie, nie ma czego się wstydzić, nieco gorzej w przypadku Catcher In The Rye, z dziwnym teledyskiem. STYGGO jest ok, nawet bardzo ok, ale czegoś mu brak - a może wręcz przeciwnie - wszystko jest na swoim miejscu, tak jak już wcześniej bywało.
Ostatni z singli, Semper Fidelis, robi robotę - stare Dandy Warhols płynie sobie w typowy sposób, ale coś tam w tle dodaje odrobinę niepokoju. To lubię.
W oczekiwaniu na przypływ funduszy, co by całą płytę nabyć, single nieco zaostrzają apetyt, ale chyba nie na tyle, by z zachwytu sikać po nogach, ale nawet gdyby tak było, to z łatwością można by z tym żyć, dzięki pieluchomajtkom chińskiej firmy Szczajgdychcesz - już wkrótce dostępnym w dobrych sklepach na terenie Polski.
Dzień dobry? [b]

wtorek, 1 listopada 2016

Tydzień grozy. 7 dni, 7 horrorów

Tydzień grozy czas zacząć. Z tą myślą postanowiłem poświęcić 7 dni, aby porządnie się wystraszyć i mam niecny plan: jeden horror dziennie, a właściwie nocnie. Wchodzicie w to ze mną?
Kiedy gasną światła / Lights Out

Na pierwszy ogień wrzuciłem do pieca KIEDY GASNĄ ŚWIATŁA. To będzie dobry film na straszną noc – pomyślałem, ponieważ wystraszył mnie już parę lat temu, wtedy jeszcze w wersji krótkometrażowej (możecie ją obejrzeć tu: www.vimeo.com/82920243), którą zrobił domorosły filmowiec, David F. Sandberg. Prosta historyjka ze złem czającym się w cieniu podbiła festiwale horroru i Internet, aż w końcu zobaczył ją złoty chłopiec współczesnego kina grozy, James Wan, i wyłożył pieniądze na pełen metraż. Na stołku reżysera pozostał Sandberg, który do pracy dostał tekst wynajętego scenarzysty, autora Oszukać przeznaczenie 5 oraz remake’ów Koszmaru z ulicy Wiązów i Coś.

Jak się możecie domyślać, to tu leży pies pogrzebany. W trzyminutowej krótkometrażówce scenariusza praktycznie nie było, brak było też odpowiedzi na pytania „skąd?”, „po co?” i „dlaczego?”. Jak wiadomo, boimy się tego, co nieznane, a nic tak nie zabija strachu jak racjonalizowanie nieznanego. Kiedy gasną światła objaśnia nam, z czym mamy do czynienia tak wcześnie, że światło mogłoby równie dobrze pozostać włączone do końca filmu. Obiecujący pomysł został zabity przez przewidywalny scenariusz i ziewania nie powstrzymały nawet dosyć ciekawe postaci. Bowiem to nie o postaci tu chodzi ani o tło fabularne, ale o niepokojący wizualny odlot w stylu Cronenberga czy Del Toro. Tymczasem oryginalne trzy minuty niepokoju zostały wydłużone do 81 minut powtarzalnych jump-scare’ów. To nie jest dobry film na straszną noc – myślę teraz.
Werdykt: psikus. Nie wystraszy nawet w Halloween.

Carrie
Po słabej rozpałce dołożyłem do pieca starego drewna, które miło skwierczało. Innymi słowy: nadrobiłem zaległość i obejrzałem CARRIE.
Bal maturalny, za Oceanem tzw. prom, to wdzięczny temat na film o i dla młodzieży. Dlatego potrzeba było Briana De Palmy, żeby spalić go i zrównać z ziemią w swojej adaptacji powieści Stephena Kinga. Tytułowa Carrie jest pośmiewiskiem koleżanek z liceum i ofiarą swojej ultra-pobożnej, maniakalnej matki. Rozdarta między chęcią bycia taką jak inni oraz posłuszeństwem wobec domowych zasad, Carrie odnajduje w sobie moc telekinezy, która przychodzi z pierwszą menstruacją. Może to efekt dojrzewania, a może moc wykształciła się w obronie przed nieprzyjaznym światem. Kiedy szkolny przystojniak zaprasza ją na bal, Carrie wie, że musi się pilnować, bo to zapewne podstęp. Jednak ulega i zaczyna wierzyć w bajkę; zrozumiałe, w końcu perspektywa normalności i akceptacji jest niezwykle kusząca.
Wszystko prowadzi do finałowej eskalacji z mistrzowską, ikoniczną sceną wyboru królowej i króla balu. Wiemy, co nadchodzi, ale De Palma każe nam czekać, wydłużając sekwencję i rozkoszując się detalami. A kiedy dostajemy to, do czego niemiłosiernie zmierzała historia, zamiast czuć satysfakcję jesteśmy oszołomieni. Powinniśmy być – mówi nam o tym jazda kamery wirującej wokół bohaterów szybciej i szybciej, podzielony ekran, a nawet muzyka sklejona z dwóch niepasujących do siebie melodii, jednej słodkiej, a drugiej niepokojącej. Całkiem jak sama Carrie.
Wydawałoby się, że Carrie to historia Kinga, a jednak jego powieściowy debiut zdecydowanie zyskał w wersji kinowej. Ponadto, jak na swój wiek, film dobrze się trzyma i nadal działa. Zasługa to De Palmy, który jest jednym z najlepszych opowiadaczy obrazem wśród filmowców. Jego styl jest niemal namacalny, jak krągłości młodych dziewczyn przebierających się w szatni w slow-motion w otwierającej scenie. Mało kto potrafi wycisnąć tyle soku z pulpy co De Palma.
Werdykt: cukierek. Słodki aż do nadzienia ze świńskiej krwi.

Co robimy w ukryciu / What We Do In The Shadows
Przygotowujecie się na bal kostiumowy? Jeśli jeszcze nie macie przebrania, służę Wam super stylówkami, #ootd, #lookoftheday i te sprawy. A to dzięki temu, że do pieca wrzuciłem CO ROBIMY W UKRYCIU.
To jeden z tych filmów, o które wiele osób mnie pytało: „A widziałeś to?” – dlatego zakładam, że Wy też go widzieliście i jestem tu ostatni. Jeśli się mylę, poprawcie mnie i podbudujcie moje ego. Lub nie. W każdym razie, Co robimy w ukryciu to mockument o grupie wampirów i ich codziennym nieżyciu, zrobiony przez współtwórców serialu Flight of the Conchords. Do domu kilkuset letnich krwiopijców przyjeżdża ekipa filmowa z zamiarem nakręcenia filmu o ich życiu. A wampir też człowiek i chce dobrze wypaść na ekranie. Dlatego widzimy, jak szykują się na wieczorne wyjście na miasto, jak przechwalają się, kłócą, zmywają naczynia, ale częściej krew z dywanu.
Właśnie takie przyziemne sytuacje napędzają komedię. Przekomarzanie się wampirów przy stole w kuchni jest zabawne samo w sobie, a kiedy w nerwach dwóch krwiopijców unosi się z krzeseł i frunąc na siebie syczą jak koty gotowe do bójki, nie da się nie wybuchnąć śmiechem. Inteligentny humor na szczęście nie przekracza granicy groteski, a forma reportażu nadaje parodii świeżości. To świetna komedia w duchu najlepszych osiągnięć tego udawanego gatunku, jak choćby This Is Spinal Tap i innych filmów Christophera Guesta czy seriali The Office i Parks and Recreation.
Ok, ale czemu parodia znalazła się w Tygodniu grozy? Bo twórcy biorą swój film na tyle serio, że oprócz wyśmienitego humoru przestrzegają zasad horroru: z ciemności wyskakuje na nas potwór z rozdziawionymi kłami, ofiary są bezlitośnie wykańczane, krew leje się strumieniami, a stary wampir jest odpychający i przypomina Nosferatu. Ponadto po każdym horrorowym bu! następuje moment ulgi. A nie ma lepszego ujścia dla grozy niż humor – jeśli oba są sprawnie połączone, jesteśmy w domu. Co tu robimy w ukryciu, to już nasza sprawa.
Werdykt: cukierek. Z krwią dziewicy. Vampire style!

Maniak / Maniac
Trzeba dołożyć mocno do pieca – dlatego jako następny obejrzałem niedoceniony slasher, który sam Alexandre Aja uwielbia do tego stopnia, że napisał i wyprodukował jego remake.
MANIAK to historia dozorcy, który w nocy wychodzi na ulice Nowego Jorku polować na kobiety. Ten opis może sugerować kolejny tani slasher, ale co robi z niego dobry tani slasher to skupienie się na skrzywionej perspektywie seryjnego mordercy. Pomiędzy brutalnymi scenami zabójstw następują te ciekawsze, pokazujące tytułowego maniaka mówiącego do siebie, otaczającego się manekinami, które przyozdabia skalpami ofiar oraz walczącego z morderczymi instynktami. Czyli slasher psychologiczny.
Po 36 latach od premiery Maniak nadal robi wrażenie, a zasługa to przede wszystkim Joe Spinella w roli tytułowej. Jako Frank Zito wzbudza niepokój, odrazę i strach przez zwalistą sylwetkę i twarz psychopaty, ale też współczucie przez zachowanie wielkiego dziecka. Gorzej jest z aktorkami w rolach ofiar – choć nic w tym dziwnego, ponieważ w ramach cięcia kosztów produkcji w rolach kobiecych zostały zatrudnione aktorki porno. Wydawałoby się, że wilk syty i owca cała, niestety gorzej jest, kiedy panie oprócz rozbierania się i uciekania muszą też coś powiedzieć.
William Lustig robił ten film za bardzo małe pieniądze, co widać. Aktorzy nawet musieli szybko grać swoje kwestie, bo nie było pozwolenia na kręcenie w nowojorskich lokacjach. Ale za to starczyło kasy na litry krwi i wybuchające głowy – tu ukłon w stronę Toma Savini w swojej wąsatej roli na ekranie oraz poza ekranem w jednej ze swoich pierwszych robótek przy efektach i charakteryzacji.
Jeśli lubicie tanie produkcje w klimacie giallo czy Piątku 13-ego (pojawia się tu nawet Betsy Palmer, czyli mama Jasona), na pewno polubicie Maniaka. Albo pokochacie, tak jak Alexandre Aja. „Dorastałem w strachu, ale też miłości do Maniaka. To był jeden z tych filmów, które zainspirowały mnie do zrobienia Bladego strachu (Haute Tension)” – mówił w wywiadzie. Remake’u z Elijah Woodem jeszcze nie widziałem.
Werdykt: cukierek. Na wagę. Tani, ale smaczny.

Mordercze klowny z kosmosu /
Killer Klowns from Outer Space
Kiedy ktoś pyta: „Idziesz na MORDERCZE KLOWNY Z KOSMOSU? Czyta Tomasz Knapik” – nie da się powiedzieć „nie”. Tym bardziej, że trwa tu właśnie Tydzień grozy. Dlatego posłuchałem (nie do końca) zdrowego rozsądku i pozwoliłem, żeby do pieca dorzucił wczoraj VHS Hell.
Mordercze klowny z kosmosu dostarczają bardziej niż było to zamierzone. Jak mogłoby być inaczej, skoro jego twórcy, bracia Chiodo, nie wyreżyserowali przed nim ani po nim innego filmu. Zajęli się za to efektami specjalnymi i animacją poklatkową – pracowali choćby przy Simpsonach i Team America: World Police. Oglądając Mordercze klowny z kosmosu można się zresztą domyślać, że zarówno Matt Groening, jak i Trey Parker i Matt Stone muszą być fanami tego dzieła.
A w nim: seria absurdalnych decyzji prowadzi kreskówkowych bohaterów do groteskowego statku kosmicznego wyglądającego jak cyrk. Istoty z kosmosu to grupa clownów, których plan zakłada przemienienie ludzi w watę cukrową, główny składnik diety każdego clowna. Ich weapon of choice są m.in. wielkie drewniane młotki, popcorn i ciasta z kremem, a zabić ich można jedynie strzelając w ich czerwony kulfoniasty nos. Stephen King nie ma nic na braci Chiodo.
Film nie zrobił kokosów w kinach, ale już kiedy stał się obiektem kultu, zwrócił się z nawiązką dzięki rynkowi VHS, DVD oraz figurkom (tak, jest oficjalna seria i musisz ją mieć), koszulkom i gadżetom. Jeden z trójki braci Chiodo, Stephen, oświadczył w wywiadzie, że Mordercze klowny mają wrócić. Raz mówi o filmie kinowym, raz o serialu, a raz nawet o „trylogii w czterech częściach”. Też nie jestem pewien, co to znaczy, ale wiem jedno – to byłby raj dla wielbicieli złego kina i piekło dla koulrofobów. Czekam niecierpliwie na Killer Klowns Cinematic Universe.
Werdykt: wata cukrowa.

Zaproszenie / The Invitation
W moim piecu pali się już prawie od tygodnia. Dorzuciłem już trochę slashera, garść klasyki, paliło się światło i palił się cyrk. Dzisiaj nie pali się, ale żarzy i grozi wybuchem.
ZAPROSZENIE to prawdopodobnie najlepszy slow-burner tego roku. Karyn Kusama, reżyserka Aeon Flux i Zabójczego ciała, znalazła wreszcie swój głos w kinie niezależnym i zaklepuje sobie miejsce obok Adama Wingarda czy Ti Westa. Kusama zresztą wymienia dzieło tego drugiego, House of the Devil, jako jeden ze swoich ulubionych horrorów: "Uwielbiam prostotę tego filmu. Został ze mną w niespodziewany sposób, ponieważ spędziłam dużo czasu towarzysząc głównej bohaterce w oczekiwaniu na doniosłe wydarzenie. A kiedy już nadchodzi, nie da się go wymazać z pamięci".
To samo mógłby powiedzieć Ti West o nowym filmie Kusamy, który trzyma widza w niepewności co do swoich zamiarów aż do finałowej eskalacji przemocy. Fabuła jest prosta: przyjęcie zmanierowanych 30-latków w domu na wzgórzach Hollywood ujawnia nieoczekiwane zamiary domowników. To jedna z tych historii, która opiera się na postaciach, z wolna odkrywanych dziwactwach i niepokojących domysłach. Napięcie wygrane jest głównie długimi rozmowami, spięciami między uczestnikami przyjęcia, powracającymi traumami z przeszłości. W jednym momencie podważamy rzeczywistość przedstawioną oczami głównego bohatera, a za chwilę myślimy, że jest on tam jedynym przy zdrowych zmysłach.
Film jest bardzo zgrabnie napisany. Kto by się spodziewał po scenarzystach Ride Along, R.I.P.D., Starcia tytanów i Szeregowca Dolota, że napiszą tekst, który brzmi jak psychodrama przeznaczona na deski teatru, a na ekranie wygląda jak wieczór rodziny Mansonów. Zaproście znajomych, zapalcie lampiony, polejcie wino, powiedzcie, że chcecie im coś pokazać i włączcie film. I koniecznie usadźcie nieznajomego w fotelu w rogu pokoju. Zrozumiecie, jak obejrzycie.
Werdykt: guma Shock.

Czarownica / The Witch
Były wampiry i wilkołaki, seryjni mordercy, duchy, mordercze klowny i psychopatyczna sekta. Do horror squadu dorzucam 17-wieczne czarownice i kozła, i mamy Tydzień grozy w pełni. Bu!
Jeśli chcesz obejrzeć dzisiaj jeden horror, niech to będzie dobry horror albo chociaż tak-zły-że-aż-dobry horror. Jeśli o mnie chodzi, nie widziałem w tym roku lepszego horroru niż THE WITCH – Czarownica z sympatycznym podtytułem Bajka ludowa z Nowej Anglii. Nakręcony przez debiutanta Roberta Eggersa film jest mroczną opowieścią o rodzinie wypędzonej z purytańskiej osady ze względu na kalwinistyczne poglądy. William, Katherine i czwórka ich dzieci zamieszkują w chatce pod lasem, gdzie wkrótce rodzi się ich kolejny potomek. Nie jest im niestety dane spokojne wiejskie życie, bo pobliski las okazuje się siedliskiem czarownic.
Jak przystało na przedstawione czasy, to mężczyzna jest alfą i omegą w tej rodzinie. To jego odmienne wierzenia są ukarane wygnaniem, to on decyduje zabrać rodzinę z osady i zamieszkać na odludziu. Żona wykonuje jedynie polecenia i obowiązki, a najstarsza córka jest osądzana o czary, kiedy zaczyna się buntować. Nic wręcz dziwnego, że czarownice – komuna nad wyraz feministyczna – nie dają spokoju patriarchalnej rodzinie.
The VVitch to horror niezwykły, a jego oglądanie można przyrównać do czytania wczesnej nowoangielskiej literatury, Johna Webstera czy dzieł gotyckich autorów. Eggers zadbał o realia aż po najdrobniejsze szczegóły. Bohaterowie nawet mówią w egzotycznym 17-wiecznym angielskim języku. Największą jednak zaletą filmu jest jego gęsty klimat i atmosfera tajemnicy, które Eggers ceni bardziej od tanich trików i gore. Dzięki temu jego Bajka ludowa pozostaje w pamięci jeszcze długo po seansie i wywołuje ciarki na widok kozła. Ach, nie wspomniałem jeszcze nawet o Czarnym Filipie. Może to i lepiej – obejrzyjcie i poznajcie go sami.
Werdykt: lukrecja, czarna jak noc.

To teraz pytanie za cukierka: jakie 7 filmów Wy wybierzecie na swój Tydzień grozy?
[m]

wtorek, 25 października 2016

Dobry, bo polski plakat filmowy: Omen (Andrzej Klimowski)

Tydzień grozy to dobry czas, żeby przypomnieć sobie ten cudowny plakat do klasycznego horroru Richarda Donnera, Omen. Malując go, Andrzej Klimowski pokazał jaja.
A propos! Chodzi legenda, że demoniczny 4-latek grający Damiena dostał rolę, ponieważ podczas castingu – kiedy dostał wskazówkę, aby zaatakować reżysera – wykazał się Metodą aktorską i kopnął Donnera właśnie to, co pokazał Klimowski.
Ale już bez jaj. Teraz na chwilę cofamy się do czasów, kiedy polski plakat filmowy mógł zostać nagrodzony przez magazyn The Hollywood Reporter drugim miejscem w branżowym konkursie na Best Poster w Los Angeles. Rok 1977. Dobre, bo polskie.
[m]