środa, 1 maja 2019

Netflix: Murder Party


Jaraliście się na „Green Room”? Dobra wiadomość: na Netfliksie pojawił się debiut Jeremy'ego Saulniera. Throwback do czasów, kiedy ten jeszcze bawił się w kino z rodziną i znajomymi. Dla mnie jeszcze lepszy throwback, bo do czasów, kiedy, znalazłem „Murder Party” gdzieś w odmętach torrentów (może to jeszcze był DC++? A może eMule?) i dodałem do kolejki po samym tytule. Obejrzałem dopiero kilka wieczorów później (bo z seedami kiepściutko) i zaskoczyłem się, że to nie następny slasher, które pożerałem, a coś takiego jak gatunkowe kino autorskie.

„Murder Party” (u nas jako „Przyjęcie morderców”) to połączenie horroru i komedii, zwiastujące przewrotny i krwawy styl Saulniera. Gość wyprzedził czasy - można powiedzieć, że był sobą zanim to jeszcze było modne. W jego debiucie jest dziwaczny humor, jest przemoc, nieprzewidywalna fabuła, subtelna dekonstrukcja gatunku, pomysłowa praca kamery i w końcu zestawienie nieprzystosowanego outsidera z brutalnym światem.

Christopher trafia na imprezę halloweenową przygotowaną przez studentów sztuki, którzy planują nietypową instalację z morderstwem jako punktem kulminacyjnym. Saulnier korzysta rzecz jasna z okazji do celnych żartów z pretensjonalnych artystów. „Murder Party” to właściwie lepsza – choć o ponad dekadę starsza – satyra na świat sztuki od netfliksowego „Velvet Buzzsaw”.

Żeby nie było zbyt pięknie: aktorsko czuć amatorkę, widać braki budżetowe (Saulnier i spółka zrobili film jako kolektyw Lab of Madness praktycznie za paczkę fajek) i tempo czasem siada. Ale warsztatowo jest już nieźle, krwawe praktyczne efekty robią wrażenie, a niektóre sceny to wręcz perły. Kostiumy bohaterów to ukłony w stronę takich klasyków, jak „Blade Runner” czy „Wojownicy”. Jeśli drugi akt zaczyna zwalniać i przynudzać, poczekajcie na trzeci, bo to złoto i w pewnym sensie zapowiedź atrakcji, jakie Saulnier zgotował w „Blue Ruin” i „Green Room”.

Jak na film niezależny, zrobiony przez grupę zapaleńców przystało, „Murder Party” pakuje sporo odjechanych pomysłów i sprowadza horrorową fikcję na ziemię. Najlepszy jest, kiedy gra z naszymi filmowymi przyzwyczajeniami: podczas ucieczki ofiara nie wytrzymuje i zatrzymuje się na szybkie siku albo gdy w scenie typowej dla MacGyvera bohater bierze wszystko co znajduje pod ręką i wpada na pomysł jak to wykorzystać przeciwko czarnym charakterom – a co wymyśla pozostawię Wam do zobaczenia na własne oczy.

PS. Po trzykroć throwback – „Murder Party” ma nadal stronę na MySpace!
[m]

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Avengers: Koniec gry

Uniwersum Marvela pracowało przez 11 lat, żeby dojść do miejsca, w którym jest dziś. Kevin Feige albo od początku miał wizjonerski plan, albo pierwszorzędnie improwizuje. Od 2008 roku i pierwszego „Iron Mana” powstały 23 filmy (razem z nadchodzącym „Spider-Man: Daleko od domu”), z ich bohaterami zżyliśmy się lub chociaż przyzwyczailiśmy się do nich. Ciężko wyobrazić sobie Tony’ego Starka o twarzy innej niż Roberta Downeya Jr. lub Kapitana Amerykę bez gładkiego (czy nawet zarośniętego) lica Chrisa Evansa. Jednak wszystko ma swój koniec i przyszła też pora na ulubionych obrońców świata – Avengerów.

Gwoli ścisłości, nie jest to koniec sensu stricto, bardziej zmiana kierunku i warty, bardziej średnik niż kropka. Po trzęsieniu ziemi, jakim było „Avengers: Wojna bez granic”, napięcie rośnie w finałowej (a jednak przedostatniej) potyczce marvelowskiej Trzeciej Fazy. „Avengers: Koniec gry” wywołuje masę emocji na całym świecie i trudno się dziwić, bo to: 1) kontynuacja wyjątkowo dobrego i zaskakującego filmu, 2) ciąg dalszy po cliffhangarze dekady, 3) koniec pewnej ery, którą wszyscy w jakiś sposób żyliśmy.

Ostatnie lata w MCU należały do braci Anthony’ego i Joe Russo, którzy przeprowadzili nas za rękę od szpiegowskiej rozrywki („Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz”), przez polityczne konflikty („Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów”) po superbohaterski dramat („Avengers: Wojna bez granic”). Finał też należy do nich i jeśli prawdą jest, że mężczyznę poznaje się po tym, jak kończy, bracia Russo skończyli z klasą, z kasą i z uznaniem krytyków.

Nie mam wątpliwości, że z całego MCU „Koniec gry” nie wybija się jako film najlepszy. Za taki uważam bez dwóch zdań „Wojnę bez granic” i „Strażników galaktyki”. Mimo to przyznałbym mu nagrodę w kategorii Marvela najbardziej emocjonalnego. „Koniec gry” wypełnia bowiem miłość – do dziesiątek postaci, do komiksów, do Stana Lee i innych twórców, wreszcie do drogi, która tu doprowadziła. Ostatnia część „Avengers” to trochę zjazd super-absolwentów, których oglądamy jak kolegów ze szkolnej ławki. Nawet jeśli wszystkich nie lubiliśmy do tej pory, nie sposób nie westchnąć z nostalgią na ich widok w jednym miejscu. Przy natłoku bohaterów, wydarzeń, wątków i linii czasowych trudno też nie być pod wrażeniem ogromnego osiągnięcia, jakim jest umiejętne domknięcie 21 poprzedzających filmów. Już samo to prosi o wpisanie „Avengers: Koniec gry” do panteonu kina. A fakt, że przy okazji bracia Russo popełnili film bardzo dobry jakościowo graniczy z cudem.

Trzygodzinny finał zawiera wszystko, o czym mogliśmy sobie zamarzyć. Jest tu epicki rozmach, wbijająca w fotel akcja, przednia komedia, wzruszający dramat i sentymentalny romans. Żałuję tylko, że wpisana w gatunek przewidywalność i zawrotne tempo drugiej połowy filmu pozbawiły dramatycznego balastu zakończenia losów niektórych postaci. Ale każdy przeżywa dramaty na swój sposób – siedząc na sali kinowej z ciarkami na skórze, słuchałem jak śmiech zmieniał się w oklaski i wiwaty, które kończyły się szlochem. Można się czepiać „Końca gry”, jednak mija się to z celem, kiedy mamy do czynienia z prawdziwym rollercoasterem emocji i ostatecznym argumentem za wyższością kinowego doświadczenia. Każdy fan, geek i nerd – w tym ja – został wynagrodzony za cierpliwość i lojalność.

Embargo na spoilery już opadło, ale właściwie to nie ma najmniejszego sensu opowiadać o fabule czwartej części „Avengers”. Albo ją już znacie, albo nie chcecie jeszcze znać, choć tak naprawdę domyślacie się, gdzie ona zmierza. Nie obyło się jednak bez niespodzianek, jak (uwaga, mimo wszystko będzie SPOILER, więc lepiej przeskoczcie do najbliższej kropki, jeśli nie chcecie oberwać) śmierć Thanosa w pierwszym kwadransie, wątek kanapowego Thora czy smutny, prawie post-apokaliptyczny pierwszy akt, praktycznie pozbawiony akcji, do jakiej Marvel nas przyzwyczaił. Ten ostatni podkreśla powagę wydarzeń kończących „Wojnę bez granic” i zbija widza z tropu. Na taką grę z oczekiwaniami czekałem przez niejeden powtarzalny origin story MCU i choćby za to braciom Russo należy się chwała.


Michał Miller

środa, 9 stycznia 2019

[m]ój top 2018: 7 filmów bez dystrybucji w Polsce (+ bonus)


Top filmów kinowych jest jawną niesprawiedliwością dla tych, które nie znalazły swojego domu (czyt. dystrybutora) i być może nigdy w Polsce nie znajdą. Dlatego zebrałem dodatkowe 7 tytułów (plus bonus), które widziałem w 2018 roku na różnych festiwalach i które, z tego bądź innego powodu, zostały w mym serduchu. Jedziemy:

Twarze, plaże

Czemu ten kawał filmowej magii ominął Polską dystrybucję pozostaje największą zagadką 2018 roku (obok tego, czy naprawdę naukowiec na Antarktydzie dźgnął kolegę, bo zdradzał mu zakończenia książek i jeśli tak – jakie książki mu zaspoilował). Niecodzienny duet artystów, 90-letnia niegdyś-nowofalowa reżyserka Agnes Varda i 35-letni fotograf o pseudonimie JR, podróżują po Francji i robią zdjęcia zwykłym ludziom. Ich małe dzieła sztuki składają się na jedno wielkie arcydzieło, nastrajające pozytywnie do wszechświata i jednocześnie wzruszająco melancholijne. To więcej niż film, to przeżycie, a nawet - zabrzmi patetycznie - jedna z możliwych odpowiedzi na pytanie „czym jest sztuka?”

Shoplifters

Trudne dywagacje o domu, rodzinie, przynależności w filmie przystępnym, ciepłym i zaskakująco lekkim. Japończyk Hirokazu Koreeda opowiada tę historię bez egzaltacji, jest życzliwy i niezwykle wyrozumiały dla swoich bohaterów-outsiderów. Złota Palma w Cannes, a w Polsce złote nic – daty premiery nadal nie widać.

Mandy

Brak tego filmu w topce doskwierał mi tak, że po nocach śniła mi się tytułowa Mandy, a jej świdrujące oczy nie dawały spokoju. Słowem, czułem się prawie jak Nicolas Cage. W drugim filmie Panos Cosmatos buduje na niedostatkach swojego debiutu „Za czarną tęczą” i robi kino totalne. Tu jest WSZYSTKO i jeszcze trochę. A najlepszy jest sposób podania tej ostrej strawy – bez umiaru, bez kompromisów, doprawione halucynogenami i nektarem z Cage’a. Egzotyczna uczta dla oczu i uszu.

Strażniczka

Film, którego nie mogę się doczekać w kinach. Anty-akcyjniak, rodzaj małego-wielkiego kina, którego dzisiaj potrzeba, przede wszystkim ze względu na tematyczność. Olivia Wilde gra tu rolę życia jako zaradna, wojownicza Sadie, która pomaga maltretowanym kobietom pozbyć się swoich oprawców. Reżyserka i scenarzystka Sarah Daggar-Nickson osiąga tu rzecz precedensową: doskonale posługując się językiem przemocy, nie fetyszyzuje, tylko ją obrzydza.


 Długa głupia podróż

Jason Mantzoukas to aktor pominięty, doceniony chyba tylko w rodzimych Stanach. Dlatego kiedy pojawia się film taki jak „Długa głupia podróż”, nie sposób go pominąć. Film jest oparty na prostym i znanym koncepcie kina drogi, która uczy obie strony, zarówno kierowcę, jak i pasażera. Prostota jednak wychodzi tu na duży plus. Ta podróż jest niezwykle pozytywna, zabawna i skutecznie poprawiająca nastrój – szczególnie między źle obstawionymi festiwalowymi snujami. A Mantzoukas to elektrownia, dzięki której film ma moc.

Wilkołak

Polski horror, który zbiera pozytywne głosy na całym świecie, a na krajowych festiwalach udowadnia, że tęsknimy za własnym kinem gatunkowym. Adrian Panek zrobił kino grozy, jakiego u nas nie było – na serio, z wyraźnymi tropami monster movie, survivalu i home invasion, z bogatą psychologią i swoim zdaniem do powiedzenia.

Dachra

Kolejny horror, tym razem z Tajlandii, kraju, który w horrory do tej pory bawił się nawet mniej niż Polska – i od razu daje popalić. „Dachra” należy do bardziej tradycyjnych przedstawicieli gatunku: jest straszny, niepokojący i przekonujący. To ostatnie w głównej mierze osiąga wsparciem fabuły prawdziwymi realiami zbrodni, które dzieją się w zacofanych zakątkach globu. Porządnie mną wstrząsnął na Splat! Film Fest, gdzie otrzymał nagrodę publiczności.

Bonus: Najlepsi przyjaciele

Po 15 latach od „The Room” Tommy Wiseau i Greg Sestero wracają, tym razem w filmie, który ten drugi napisał dla pierwszego. Podzielona na dwie części fantazja na temat ich legendarnej już historii, opowiedzianej w „Disaster Artist” i tysiącach memów, udaje film, jak Tommy udaje człowieka. Dla fanów kultowego złego filmu jest tu mnóstwo smaczków, mądrości życiowych spod kapsla soku i znany, zaraźliwy śmiech. Volume 1 to czysta reinterpretacja związku Wiseau-Sestero, a Volume 2 to takie-nie-wiadomo-co, które ogląda się jak najlepsze sceny ze „Strażnika Teksasu”. Do tego dorzućcie przezabawny finał, łączący wątki jak odcinek „Na wspólnej”.

Ponadto szybkie shout-outy dla dramatu "Kafarnaum", nowego Gusa Van Santa "Bez obaw, daleko nie zajdzie" i niemieckiego horroru "Luz".

Jeśli czegoś brakuje na tej liście, standardowo - komentujcie i dodajcie swoje typy.
[m]

sobota, 5 stycznia 2019

[m]ój top 2018: 12 najlepszych filmów kinowych

Zakończony rok 2018 mógłby podsumować Frank Sinatra piosenką „It was a very good year”. Tak było, choć zdecydowanie lepszy był to czas dla kin i festiwali niż dla streamingu. Z filmów, które miały premierę kinową w Polsce w 2018 roku wybrałem te, które wywołały we mnie najwięcej emocji i do których będę wracał. Ze świadomością, że nie widziałem wszystkiego i jakiś najlepszy mógł umknąć mej uwadze, zacznijmy w pełni subiektywny top 12 – kolejność w jakiej oglądałem, niezobowiązująca.

Listopad

Zabobony, dziwaczne postaci i mityczne stwory w egzotycznej, czarno-białej wizji z Estonii. Epickie połączenie folku spod znaku Kolskiego z baśnią braci Grimm i fantazmatem dawnego Burtona.

Trzy billboardy za Ebbing, Missouri

McDonagh to przede wszystkim wielki pisarz, jego postaci i dialogi są odtrutką na Hollywood. „Billboardy” są równie zabawne, co przejmujące, zaskakujące kierunkami, w jakich podąża fabuła, a także rewelacyjnie zagrane. Nie ma co, już klasyk.

Disaster Artist

Inspirujący kawał dobrej roboty o kawale złej roboty – i nie w formie kawału, której można było oczekiwać, a w szczerym, pełnym uczucia podziwie nad siłą pasji. Świetna obsada, zabawne cameo, wspaniale przedstawiony fenomen i jego kulisy.

Ciche miejsce

Najlepszy horror mainstreamowy, którego sukces przypomina rok młodsze „Uciekaj”: grube baksy w box-offisie, nominacje do nagród, sequel w planach. Debiut reżyserski Krasinskiego to rollercoaster emocji, który ogląda się w głębokiej ciszy, na krawędzi fotela.

Ghostland

Największa niespodzianka wśród zeszłorocznych horrorów. Film brudny, ciężki i brzydki, do tego zaskakujący w najbardziej depresyjne sposoby. „Ghostland” jest bliżej „Teksańskiej masakry” niż wszystkie pre- i sequele razem wzięte. Pascal Laugier nadal to ma!

Tamte dni, tamte noce

Niepostrzeżenie zrobił się nam rok Guadagnino: najpierw „Tamte dni, tamte noce”, a kilka miesięcy później „Suspiria”. Ten pierwszy jednak zdecydowanie wygrywa. Ponadczasowe, wyjątkowe doznanie. Czysta, nieskrępowana przyjemność. I piękny finał.

Płomienie

Film, który nie chce wyjść z pamięci. Historia, która jest zagadką dla bohatera i dla widza – jak Korea Północna ukryta za wzgórzami, jak Donald Trump w telewizji, jak zapomniana przeszłość, czy wreszcie jak zaginiona dziewczyna. A prawda jest ulotna jak dym. Dawno nie widziałem tak intrygującego, jawnie wodzącego za nos kina – do tego bogatego w interpretacje i podteksty.

Climax

Ostra jazda od poety bad tripu. Od „Step Up” spiralą w dół w horror. Noe prowadzi nas za rękę przez piekło i nie pozwala, żebyśmy cokolwiek tam przegapili. Jak kumpel, który obiecuje ci, że ta impreza będzie lepsza, jak łykniesz to co daje, słowo.

Mission: Impossible – Fallout

Ta seria idzie do przodu niepowstrzymanie jak Cruise. Napakowany realistyczną akcją, zwrotami i numerami popisowymi „Fallout” wydaje się szczytem możliwości, z którego można już zjechać razem z lawiną. Ale z drugiej strony, od trójki po każdej poprzedniej części też tak myślałem. Przy szóstce jestem pewien, że Ethan Hunt właśnie wyprzedził w skuteczności współczesnego Bonda.

Halloween

Mówiłem już i powtórzę: to jest najlepsze „Halloween” od czasu „Halloween”. Darzę tę serię ogromnym uczuciem, ale nikt nie zbliżył się do Carpentera bardziej niż Gordon Green. Czuć miłość i szacunek oraz skłonność do zabawy slasherem.

Assassination Nation

Kino jak mocny cios w gębę. Bez subtelności i bez ogródek, za to przesiąknięte wszystkim, co aktualnie straszy w wiadomościach. Filmowa petarda o współczesnym Salem, jakim stała się Ameryka (którą świat zresztą skutecznie goni), a przy tym najlepsza stylówka 2018 roku. Levinson ma gdzieś, co myślimy, dopóki myślimy.

Spider-Man: Into the Spider-Verse

Najlepsza animacja i wizytówka filmu superbohaterskiego AD 2018 – a przypomnę, że to ten sam rok, w którym świat na łopatki rozłożył Thanos. Estetyka komiksu idealnie przeniesiona na ekran, angażująca fabuła, świetny meta-humor, mnóstwo smaczków i apetycznych detali. Robi grube baksy, a smakuje jak kino autorskie. Widać, Marvel doszedł do momentu, w którym może pozwolić sobie na piękne szaleństwo, niczym Banksy niszczący swój obraz w galerii.

To by chyba było na tyle. Wielkie dzięki za kolejny rok z TBK!
Zanim pójdziecie, dajcie znać, jak u Was minął 2018 – coś dodać, coś ująć?
Michał [m] Miller

czwartek, 3 stycznia 2019

2018 TOP 10 by [ms]


Przełom grudnia i stycznia, czas podsumowań i trawienia świątecznych potraw. Dla ekipy TBK jest to również czas refleksji i podsumowań. Dlatego też prócz opłatka, chcemy się z Wami podzielić najlepszymi, filmowymi tytułami, które idealnie nadają się trawienia dłuższego niż kapusta z grochem (tak, jeszcze dłuższego). Jest to moja pierwsza taka „dziesiątka”, w której kolejność jest równie losowa jak gatunki. Cały 2018 rok był jednym wielkim eksperymentem filmowym i przyznam, że z trudem mi przyszło wyodrębnić tylko 10. Wam życzę miłej lektury, a sobie solidnego odpisywania na komentarze!

3 billboardy za Ebbing, Missouri
Jeden z pierwszych filmów, które obejrzałem w 2018 roku i taki strzał! Film pokazuje silną, damską postać, która walczy z panującym, przestarzałym już systemem sprawiedliwości na południu USA. I jak ona walczy! Ten film nie zawiedzie nikogo. Napisany przez Martina McDonagh, wykreowany przez Frances McDormand, Woody’ego Harrelsona i Sama Rockwella film zaskoczył świetnymi dialogami, nietuzinkową historią i podskórną autentycznością. Czekam na kolejne filmy tego reżysera. Słowem: dobrze pisze, dać mu kamerę!

Ciche miejsce
Kto by pomyślał, że nasz grzeczny Jim [The Office USA] jest również Stephenem Kingiem? Ten reżyserski debiut jako pierwszy otworzył mi furtkę do czerpania przyjemności z oglądania horrorów. Cieszę się, że wspólnie z Johnem rozpoczęliśmy swoją historię z dreszczowcami w tak spektakularny sposób. Będę Polakiem i narzeknę, że nie każdy w kinie chciał obejrzeć ten film w ciszy, jakiej tytuł oczekiwał, ale te 9 miesięcy później patrzę na to z przymrużeniem oka. Film zasługuje na poklask pod kątem pomysłu, umiejętności reżyserskich Johna i wibrującej chemii między dwojgiem małżonków na planie, to say the least. Panie Krasinski, zostań Pan na mojej liście!

Iniemamocni 2
Iniemamocni zajmują szczególne miejsce w moim wewnętrznym dziecku. Brad Bird, gość odpowiedzialny za Mission: Impossible – Rogue Nation, wprowadził odrobinę ognia do animacji i za to jestem wdzięczny. Możliwe, że tak głęboko w fotel wcisnął mnie ostatnio Animatrix. Jest tu wszystko, co chciałbym widzieć w kinie animakcji. Rodzina, trudne decyzje, codzienne decyzje, współczesne problemy (i tu mam na myśli zamianę ról między płciami), dobra kreska, gagi, dubbing (!), akcja na skraju wytrzymałości. Tak – bajka może Ci to dostarczyć i polecam ten film każdemu. Z dzieckiem lub bez, z karmelowym lub słonym popcornem, poważnym mężczyznom i zezłoszczonym kobietom. Dwie godzinki z tym cackiem a wyjdziecie z uśmiechem i kofeinowym tętnem.

Mission: Impossible – Fallout
Tom Cruise, Ethan Hunt czy Tomasz Rejs. Nazywajcie go jak chcecie – jedno jest niezaprzeczalne, ten gościu opatentował postać agenta, który nie ma krwi. Sam temat filmu nie jest jakiś skomplikowany, trzeba uratować świat i zrobi to tylko jeden człowiek. Sposób w jaki to robi zostawia ślad w wyobraźni widza. Im więcej części, tym wyższe oczekiwania, ale ta franczyza jakoś sobie radzi. Już wiemy, że Tom zrobi wszystko bez zabezpieczeń, żeby dogonić antagonistę, a apetyt rośnie w miarę zapierania dechu w piersiach. Rewelacyjnie dynamiczne ujęcia, lodowate spojrzenia agentów, co najmniej dwa zwroty akcji. Ethan młodzieniaszkiem już nie jest, ale tytuł odświeża. Kto wie, może dogoni kiedyś Iniemamocnych?

Nienawiść, którą dajesz
Bardzo emocjonalny obraz młodej Starr Carter i jej przymusu dzielenia dwóch sprzecznych światów. Za dnia jest pilną uczennicą prywatnej szkoły w białej dzielnicy, ale gdy tylko zadzwoni ostatni dzwonek wraca do swoich niebezpiecznych, rodzinnych stron. Młoda Afroamerykanka na co dzień żyje w miarę stabilnym trybem, aż do pewnego wydarzenia, które napuści wiatru w żagle weryfikacji własnej tożsamości. Jak już wspomniałem, jest to bardzo emocjonalna podróż pełna walki z przeciwnościami, ale podróż którą każdy powinien odbyć, by trochę bardziej zrozumieć sytuację Afroamerykanów z tych mniej dostępnych dla nas rejonów świata. Warto wspomnieć, że (włącznie z moim głosem) film wygrał nagrodę publiczności na tegorocznym American Film Festival we Wrocławiu. Polska premiera odbędzie się 25 stycznia 2019 roku.

Życie prywatne
Co się stanie, gdy poświęcisz 2 dekady swojego życia na rozwój kariery, o której marzysz? Kto to wie? Prawdopodobnie będziesz czterdziestoparolatkiem ze sporym doświadczeniem zawodowym. Czy oznaczać to będzie, że jesteś spełniony/a? Życie Prywatne stara się w bardzo ludzki sposób odpowiedzieć na takie pytanie. Nic w tym filmie nie jest oczywiste ani przewidywalne. Jeśli oglądasz za dużo filmów, każda próba odsłonięcia następnego ruchu danej postaci zakończy się fiaskiem. Tytuł w inteligentnie dramatyczny sposób pokazuje nam pełną improwizację życia i to z czołowymi aktorami komediowymi! Paul Giamatti, Kathryn Hahn, John Carroll Lynch czy uczennica amerykańskiego SNL, Molly Shannon, potwierdzą teorię, że dramat + czas = komedia. Przygotujcie się na oglądanie życia w sposób intymny i bez make-up’u.

Mandy
Jeśli ktoś mnie spyta: Hej, Marek, co wyjątkowo zapamiętasz z tego roku? Odpowiem: nadmiar pracy i film Mandy. Niektóre filmy trzeba zobaczyć – Mandy trzeba doświadczyć. Sam twórca, Panos Cosmatos, nie jest w stanie opisać tego filmu jednoznacznie – być może dlatego, że zaczął go pisać 10 lat temu. Tyle czasu potrafi wpłynąć na postrzeganie swojego dzieła. Natomiast co wiemy na temat tego filmu? Odtwórcą głównej postaci jest Nicolas Cage, film jest jaskrawy, niebotycznie pokręcony i pokazuje najbardziej drapiącą paznokciami po tablicy formę zemsty jaką do tej pory udało mi się obejrzeć. Nie dajcie się zwieść etykietce horroru – ci, którzy schowali ten film do szufladki gatunku, zrobili to tylko po to, żeby czuć się bezpiecznie w ryzach swojej wiedzy. Ten film nie sprawi, że poczujecie się bezpiecznie. Ten film Was ułoży do snu, obudzi napalmem, zgasi zimnym piaskiem i wrzuci do studni z węgorzami. Jedyne, czego mi brakowało to Mandy Poppins spływającej z nieba z rozłożystym minigunem, śpiewającej swoje: Superkalifradalistodekspialitycznie. Może jakiś sequelik?

Spider-Man: Into the Spider Verse
Didaskalia tej recenzji wyglądałyby tak: Do pomieszczenia wchodzi [owłosiony] człowiek, który wolno klaszcze w ręcę. Na jego twarzy ukazuje się grymas szczerego, pełnego szacunku uśmiechu podczas, gdy wypowiada następujące słowa:
- You did it again Marvel…
O mój Boże! Jako już wielokrotny widz tego widowiska jestem pełen podziwu i dumy z tak mądrego odświeżenia kilkakrotnie odklepywanego już uniwersum Człowieka Pająka! Marvel zrobił coś, czego mądrzy biznesmeni są już dawno świadomi – najpierw dostarcz produkt, pozwól żeby trochę się znudził a potem wprowadź nowość. Wspomniana metoda to tzw. Voice Of Customer i chodzi w niej o to, że co teraz jest innowacją za chwilę będzie standardem i przedsiębiorców w tym głowa, żeby nie dać klientowi powodu do zrezygnowania z produktu. Ta świeżość tym razem objawia się w bardzo dynamicznej, mądrej fabule, absolutnie niesamowitej komiksowo–3D–odpalonej animacji, organiczności głosów aktorów, motywującej ścieżki dźwiękowej i pewnie w wielu innych aspektach, które przypomną mi się po opublikowaniu tego tekstu. Młody Miles Morales zostaje wciągnięty w całe to radioaktywne towarzystwo, a jako widzowie patrzymy jak zmaga się z wielką odpowiedzialnością i życiem typowego nastolatka, od którego [typowo] wymaga się więcej niż od Baracka Obamy. Twórcy świetnie manewrują utartymi schematami znanego nam przyjaznego sąsiada, Spider-Mana nadając im arcykomediowego charakteru. Film, który w draftowej wersji tego zestawienia nie miał żadnego startu, aktualnie nadaje całej liście tonu. Ile razy już słyszeliśmy, że młody chłopak zostaje ugryziony przez radioaktywnego pająka? Z pewnością wiele, ale zapewniam, nie tak jak tutaj. Widzimy się w kinie, a potem w kolejce po krążek BR.

Strażniczka
Olivia Wilde jest niesamowita. To właściwie powinno wystarczyć do: 1. Opisania filmu, 2. Zachęcenia Was do obejrzenia. To co tutaj widzimy to kobieta na najwyższym biegu dyscypliny z misją zniszczenia każdego oprawcy, który zagrozi bezpieczeństwu jakiejkolwiek małżonki. Trochę na okrętkę, ale tyle na razie wystarczy Wam wiedzieć. Dzieło Sarah Daggar-Nickson pokazuje kobietę w mocnej roli z dojrzałą formą różnego rodzaju przemocy. Czemu ten film jest na mojej liście, pytacie? Podoba mi się ta rewolucja. Ilość (obejrzanych przeze mnie) filmów, w których kobieta jest wielowymiarową, heroiczną postacią sprowadza się do palców jednej dłoni. Reszta to jakieś przedmiotowe popłuczyny. Sadie [Olivia Wilde] jest turbo barwną postacią z gamą różnych mini emocji, na które moje trzewia czekały. There, I said it.

Bez obaw, daleko nie zajdzie
Nadchodzi Gus Van Sant, moi drodzy. Ojciec Buntownika z Wyboru, Słonia, Obywatela Milka i to tylko za mojej podziurawionej kadencji! Tym razem przedstawił nam swoje najnowsze dziecko z Joaquinem Phonenixem w roli pierwszoplanowej. Jest to historia żyjącego w latach ‘51–‘10 w USA Johna Callahana, znanego z rysowania satyrycznych komiksów. Byłoby słodko, jakbym na tym poprzestał, ale nie tak jego życie wyglądało. John przez wiele lat zmagał się ze stanem, będącym konsekwencją swoich działań pod wpływem alkoholu. Pewnej obficie zakrapianej nocy wraz z dopiero poznanym mężczyzną postanowili pozwiedzać kilka barów w poszukiwaniu łatwych zdobyczy, co było tylko pretekstem do dalszego picia. Może i by się udało, gdyby jeden z nich nie postanowił uciąć sobie krótkiej drzemki za kółkiem i przy okazji rdzenia kręgowego w odcinku szyjnym. W skutek tetraplegii John zauważył, jak nisko upadł, a jego historia, ten film, to próba odszukania w życiu miłości i budowania dalszych losów na jej fundamentach. To bolesne przechodzenie 12 kroków do trzeźwości i ciągła walka z myślami. Wreszcie akceptacja swoich ograniczeń i redefiniowanie siebie. Nie wiem, gdzie pan Phoenix nabrał takiej płynności w naśladowaniu alkoholika, ale on i jego koledzy z planu zasługują na stojący aplauz. Joaquin, you’re right on time...
Ciekawe to oglądanie filmów. Ktoś mądry kiedyś powiedział, że film to potężne narzędzie propagandowe. Trudno się z tym nie zgodzić. 2018 rok filmowo potwierdził mi, że jest tyle teorii życia, ile ludzi. Jeśli nie wybierzesz sobie którejś z nich, historie innych pomogą Ci ukuć własną. Jeśli miałbym mówić o sobie, ten rok pokazał mi, jakie kino lubię najbardziej.

Zgadzacie się z moimi wyborami? Ciekaw jestem, czym tę listę byście wzbogacili. 
Marek [ms] Szczepański


poniedziałek, 15 października 2018

#RECENZJA: Ostateczna operacja [2018]

Co jest potrzebne do skazania największego ludobójcy w historii naszej cywilizacji? Okazuje się, że to co podpowiada serce nie jest takie proste w rzeczywistości. Oglądaliśmy "Ostateczną Operację" od Netfliksa.

W czasach niemieckiej kapitulacji wielu esesmanów opuszczało kraj w obawie przed spotkaniem z konsekwencjami. Tym, którzy zostali w kraju przedstawiono zarzuty w głośnym procesie norymberskim. Znaczną ilość ucieczek organizowało środowisko duchowne, po to by dziedzictwo czystości aryjskiej nadal żyło. Trudno powiedzieć, który kraj okazał się tym o najżyźniejszej glebie, niemniej niemieccy oficerowie swoją widownię znaleźli również w Ameryce Południowej. Tamtejsza grupa nazistów budowała swoją pozycję w odzyskującej niepodległość Argentynie, ale... żydowski oddział specjalny nie pozostawał obojętny. Wieść, że Adolf Eichmann, autor ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej mieszkał w Buenos Aires ze swoją rodziną, sprawiła, że do akcji wkroczył MOSAD. Izraelska jednostka specjalna zaplanowała porwanie byłego esesmana, po to by spotkała go sprawiedliwość w żydowskiej ojczyźnie. Mimo, że pomysł spodobałby się bohaterowi książek Iana Fleminga, władze Buenos Aires chciały inaczej. Właściwie już druga część filmu skupia się na ukrywaniu Niemca i próbie uzyskania od niego podpisu na wniosku o samowolnej podróży do Izraela. W międzyczasie widzimy całą gamę scen pokazujących stosunek agentów do zabójcy swoich krewnych. Jedyną osobą, z którą Adolfowi udało się nawiązać jakąś relację był Peter Malkin. Człowiek, który stracił podczas wojny bardzo ważną dla siebie siostrę w trakcie jednej z egzekucji pod Lublinem. Peter podjął ryzykowną próbę otwarcia się przed swoim oprawcą, co uruchomiło honorową postawę Adolfa, który bez użycia przemocy ani słownej, ani fizycznej, podpisał wcześniej wspomniany dokument. Cała operacja, według różnych źródeł, trwała około 10 dni. Ku mojej ignorancji i ogromnemu zaskoczeniu, MOSAD odniósł sukces w akcji pojmanie i ekstrakcja, a sam Adolf Eichmann miał szansę wziąć udział w czymś, co nie każdy Żyd by mu zaproponował: sprawiedliwy proces. Reszta, jak to mówią, to historia.

Wszystkie wydarzenia same w sobie były zaskakujące i niemalże nierealne. Wielokrotnie podczas oglądania pauzowałem film, by odpowiedzieć sobie na pytanie: czy tak w ogóle było? Większość scen wprawiała mnie w osłupienie i niedowierzanie. Scena porwania Adolfa wywołała we mnie burzę i niezgodę. Twórca pomysłu zagłady milionów Żydów, prowokator mordu i wyrafinowanych planów likwidacji drugiego człowieka, podczas pojmania... krzyczał. Ta z jednej strony tchórzliwa, a z drugiej, najzwyczajniej ludzka reakcja zaburza system myślenia o takiej jednostce w kategoriach potwora. Film uwydatnia najlepsze cechy człowieczeństwa, o czym może świadczyć choćby 8-miesięczny proces sądowy. Przy tak poważnych zarzutach i wielu naocznych świadkach, nadal starano się dowieźć w sądzie, że oskarżony był odpowiedzialny za mord, a sam Eichmann wypierał się zza kuloodpornej szyby przy każdej możliwej okazji.


Film jest opowiedziany ciekawie, aktorzy grają swoje role dobrze. Pewne sceny są fabularyzowane, żeby film zachował swoją dynamikę. Natomiast historyczny aspekt zostawia widza z satysfakcją i smutkiem. Co prawda główny mózg był skazany, ale kto wie lepiej niż my, ile szkód zdążył wyrządzić.
[ms]

niedziela, 12 sierpnia 2018

NOWE HORYZONTY 2018: Moje poszerzone horyzonty


Na pewno każdy z nas ze dwa razy w życiu zastanawiał się jak ludzie budują mosty. Niektóre z tych osób tak długo nad tym myślały, że same zaczęły je budować, nie dzieląc się tą wiedzą z resztą świata. Czasem dlatego, że mieli za dużo swoich mostowych obowiązków a czasem po prostu zanudzali tym innych. Bo w sumie kogo to obchodzi jak połączyć ze sobą 2 pustaki i deskę, tak żeby można było przejechać rowerem? No właśnie, nikogo i dlatego też nie będziecie dziś o tym czytać, bo mimo że most nie jeden przejechałem by dojechać na festiwal to ani razu nie oddałem się fantazji jego konstrukcji.


Wrocław, okrzyknięty miastem 100 mostów i 33 kładek trafia na strony naszego bloga jako host kolejnej odsłony festiwalu Nowe Horyzonty! To piękne i miejscami śmierdzące miasto zaprasza nas na codzienne maratony filmów, począwszy od 10ej rano, późną nocą skończywszy. Bez obaw, filmy są tak rozłożone na okres trwania festiwalu, że nic nikomu nie umknie. Jak to w wieloletnim i stabilnym związku bywa, wybrane przez nas pozycje się powtarzają i są umilane różnymi spotkaniami towarzyskimi. Tego roku było mi dane poszerzać swoje horyzonty przez kilka dni i właśnie o tym moje filmowe dziatki, chciałem Wam opowiedzieć. Festiwal miał swoje otwarcie 26 lipca, ale dotarliśmy na niego 27 lipca i ten dzień zapamiętam na długie lata, bo pierwszy raz w życiu wstałem o 6 rano po to, żeby nie być wpuszczonym na wyczekiwany film z powodu 5 minutowego spóźnienia, w kinie oddalonym o 230 km od mojego domu. Guess I can cross that out of my bucket list. No już, dość tego sarkazmu, w końcu jesteśmy przyjemnymi blogerami z „przyjemnymi mordeczkami”.

3 TWARZE
Swoją krótką, ale miłą przygodę z NH rozpocząłem filmem o tytule 3 twarze pod zwierzchnictwem pana Jafara Panahi. Film przedstawia nam zapis rzeczywistości dosłownie garstki bohaterów, podróżujących SUVem po górzystym Azerbejdżanie. Poszukują oni dziewczyny, która wysyła głównej postaci krótkie wideo swojego samobójstwa. Odbiorczynią filmiku jest znana aktorka, a jej motywacją jest znalezienie wspomnianej dziewczyny i sprawdzenie, czy rzeczywiście do tego doszło. Uderza w nią dodatkowo fakt, że samobójczyni również pragnie zostać szansonistką i zdesperowana zwraca się do słynnej aktorki o wyrwanie jej z zacofanej wioski i obecnych tam, regresyjnych wręcz ról społecznych. Tytułowymi tutaj trzema twarzami mogą być: dziewczynka popełniająca samobójstwo w social mediach, aktorka próbująca ją znaleźć i kierowca, bez którego ta eskapada byłaby utrudniona. Co tu widzimy? Studium miejsca kobiet w świecie gwałtownych zmian politycznych dnia obecnego. Ciekawostką jest fakt, że każda z postaci grała samą siebie, a reżyser był cały czas na planie w swoim SUVie bez klimy. Tak brzmi główne pchnięcie wątku. W ogólnym odbiorze film nie jawił się zbyt dobrze. Załoga TBK 2–3 razy powstrzymywała się od drzemki, a był to początek dnia. Fabuła była raczej przewidywalna i trochę rozwodniona. Film zaczął się z obietnicą sporego potencjału, a widzowie pożegnani byli niespełna 10-minutowym nagraniem nudnych gór. Zachęcam, byście sami ocenili, ale według mnie ktoś ewidentnie zapomniał wcisnąć STOP.

NIEPOSŁUSZNE
Strach przed oglądaniem kolejnych filmów skutecznie odgonił pan Sebastian Lelio ze swoim odważnym Disobedience (Nieposłuszne). Wszystko w tym filmie miało ręce, nogi, pejsy i peruki. A może tak nisko upadły nasze oczekiwania po 3 twarzach, że nawet M jak Miłość by pomogła? Zaczęło się w mój ulubiony sposób – historią... Poważany rabbi przemawia do wierzących w jednej z angielskich synagog  i od razu zmusza widza do myślenia nad odwiecznymi problemami ducha. Poruszony wtedy wątek będzie pokrywał całą fabułę filmu, a my możemy oceniać postacie wedle swojego uznania. Jesteśmy świadkami odżywającego romansu między dwiema żydówkami, które spotkały się po latach. Jedna z nich prowadzi już stabilne życie małżeńskie, a druga zdecydowała, że poszuka swojej drogi na inny niż judaizm proponuje sposób. Powód ich ponownego spotkania zostawiam Wam do odkrycia, natomiast konsekwencją był gwałtownie wzniecony ogień pożądania po wieloletniej pauzie. Podobało mi się i nawet przy pokusie kompletnego spłaszczenia fabuły do zwykłej lesbijskiej pikanterii, biorę pod lupę całość obrazu, na który składały się: wewnętrzne życie Żydów i ich obyczaje, odczuwalne echo relacji między postaciami, skonfliktowane myśli, ciężar podejmowania decyzji, wreszcie – nieprzewidywalnie napisane role. Było to zupełne przeciwieństwo pierwszego filmu, w którym również widzimy trudy kobiecego świata. W każdym razie była to ostatnia, porządna wizja jakiej doświadczyłem podczas NH.

SAMUI SONG
Pen-Ek Ratanaruang dostarczył nam dzieło pod tytułem Samui Song, gdzie poznajemy znudzoną swoim życiem zawodowym aktorkę, która chciałaby przestać grać zołzy. I... tak w ogóle to nie ma za co, bo do tej, właściwie głównej, linii fabularnej widzowie dojdą nieprędko. Film zaczyna się w zupełnie inny sposób i w przeciwieństwie do swojego festiwalowego poprzednika, pierwszych kilka scen nie ma żadnego związku z jego późniejszą częścią. Zresztą mało rzeczy trzymało się tu, kolokwialnie mówiąc, "kupy". Poza wspomnianym na początku tego tekstu "plocie" istnieją również wątki aspirujące do kryminalnych lub thrillerowych. Niestety, sposób w jaki się przeplatają tworzy wrażenie, że oglądamy losowe pomysły autora, wypisane na równie losowych kartkach papieru. Nic nie znaczące zwłoki leżące na asfalcie, gliniane fallusy jako narzędzia zbrodni, autoagresja skierowana w członka, odklejone od rzeczywistości filmowej wątki.. Co jeszcze Pen-Ek postara się wpleść, żeby uratować film? Na tle swojego dzieła stoi on, autor, mówiący, że wpadł na pomysł tego filmu, gdy zaczął śledzić pewną aktorkę z jej partnerem w sklepie. Zarówno jego film jak i ta wypowiedź wprawiła w ruch niejedną przeponę na sali kinowej. Panie Pen-Ek, brawo za wyobraźnię i umiejętność wywołania uśmiechu na twarzy, ciuś ciuś za słabiutko poprowadzony film.

DRIB
Kolejna pozycja to film Kristoffera Borgli pod tytułem "DRIB". Określany żartokumentem skierowanym we współczesne media. Pomysł na film, wyciągnięty ze swojego życia, dał Amir Asgharnejad. Tytułowy DRIB to fałszywa marka energetyka, która miała wziąć udział w równie sfingowanej kampanii reklamowej. Do promowania tego produktu zatrudniony został komik / performer z Norwegii, którego filmiki youtubowe pokazywały, krótko mówiąc, bójki. Pewna amerykańska agencja reklamowa stwierdziła, że takiego pokroju postać idealnie się nada do reklamowania swoją twarzą ich produktu i tak właśnie Amir znalazł się w LA. Rekonstruując wydarzenia z życia Amira, dostrzegamy poziom manipulacji, jaki serwują nam różnego rodzaju media w życiu codziennym. Jako człowiek wychowany na kreacjach Andy'ego Kauffmana, przyjął zaproszenie agencji, jedynie by dodać to doświadczenie do swojego artystycznego CV. Nikt z obecnych tam współpracowników nie miał pojęcia, że wszystkie jego youtubowe prowokacje były jedynie parafrazą walk wrestlingowych wspomnianego już Andy'ego. Dzięki Norwegowi, mamy szansę ocenić kilka twarzy branży marketingowej i przez chwilę zastanowić się, jak podejmujemy decyzje o zakupie. Jako ciekawą rzecz chciałbym przywołać oryginalną technikę tworzenia dokumentu. Sama historia nie zmiotła mnie z nóg, ale na całość patrzę pozytywnym okiem i uważam, że kilka takich dokumentów warto przerobić w swoim życiu. Świadomość to obosieczna, ale piękna rzecz.

NIECH CIAŁA SIĘ OPALAJĄ
O czym jest ten film? Ciężko stwierdzić przy najlepszym zarysie fabuły. Dla takich widzów jak ja, dzieło Helene Cattet i Bruno Forzani nie sprawi, że od razu się polubimy. Jestem tylko człowiekiem, więc fakt, że był to ostatni puszczany film dnia nie zadziałał dobrze na moją ocenę. A do tych okoliczności dochodzi film sam w sobie, który z mojej ówczesnej perspektywy był głośny, chaotyczny i groteskowy. Byłbym jednak barbarzyńcą oceniając to, co zobaczyłem jedynie negatywnie. Jak już wspomniałem, istotny jest dla mnie storytelling, a tutaj zawęził się on tylko do 2 walczących ze sobą grup. Policjanci i gangsterzy spędzają ponad godzinę na nieustannej strzelaninie, z której wychodzi tylko jedna rzecz - ktoś wygrał. Chyba wciąż nie powiedziałem nic pozytywnego... Ale może właśnie o to chodzi. Ten film wywołał we mnie tak wyraźną reakcję, że chętnie przypatrzę mu się raz jeszcze. Był on na tyle specyficzny, że aż obowiązkowy podczas typowej imprezy hipsterskiej. Warto go docenić nie za to, że nikt się nie spodziewał, co zrobi główny bohater w obliczu najgorszego konfliktu wewnętrznego, lecz za swojego rodzaju odpoczynek od płynnie przechodzących między sobą akcji, zmierzających do oryginalnego climaxu. Koniec końców, wiele ludzi bawiło się świetnie, gdy po raz setny usłyszeli bezczelnie wyraźny dźwięk skórzanej odzieży walczących policjantów. Najczęściej opowiada się o rzeczach, które wywołują dosadne reakcje, a jeśli tego szukacie, to Helen i Bruno dostarczą.

Oh man, oh man, oh man... Ile ja się nauczyłem przez ten ułamek festiwalu, czego nie wiedziałem wcześniej? Dobrych filmów jest naprawdę mało. I mam na myśli te wymagające, dobre filmy, te, które rzeczywiście poszerzą horyzonty, dadzą perspektywę. Śmiesznych filmów jest ocean. Ludzi na tym świecie jest prawie 8 milionów i każdy z dostępem do kamery i swojej wyobraźni pragnie przedstawić swoje opus magnum. Nie każdemu wychodzi to tak jak planuje, ale umila czas skutkiem ubocznym. Najgorsze są te wynudniałe filmy po środku. Choć nawet te potrafią rozszerzyć nasze postrzeganie świata. Na przykład do tej pory nie sądziłem, że kiedykolwiek zobaczę w filmie festiwalowym Rączkę z Rodziny Addamsów. Obejrzycie, zrozumiecie.

Tymczasem, do zobaczenia pod koniec października na American Film Festival!
[ms]