wtorek, 1 listopada 2016

Tydzień grozy. 7 dni, 7 horrorów

Tydzień grozy czas zacząć. Z tą myślą postanowiłem poświęcić 7 dni, aby porządnie się wystraszyć i mam niecny plan: jeden horror dziennie, a właściwie nocnie. Wchodzicie w to ze mną?
Kiedy gasną światła / Lights Out

Na pierwszy ogień wrzuciłem do pieca KIEDY GASNĄ ŚWIATŁA. To będzie dobry film na straszną noc – pomyślałem, ponieważ wystraszył mnie już parę lat temu, wtedy jeszcze w wersji krótkometrażowej (możecie ją obejrzeć tu: www.vimeo.com/82920243), którą zrobił domorosły filmowiec, David F. Sandberg. Prosta historyjka ze złem czającym się w cieniu podbiła festiwale horroru i Internet, aż w końcu zobaczył ją złoty chłopiec współczesnego kina grozy, James Wan, i wyłożył pieniądze na pełen metraż. Na stołku reżysera pozostał Sandberg, który do pracy dostał tekst wynajętego scenarzysty, autora Oszukać przeznaczenie 5 oraz remake’ów Koszmaru z ulicy Wiązów i Coś.

Jak się możecie domyślać, to tu leży pies pogrzebany. W trzyminutowej krótkometrażówce scenariusza praktycznie nie było, brak było też odpowiedzi na pytania „skąd?”, „po co?” i „dlaczego?”. Jak wiadomo, boimy się tego, co nieznane, a nic tak nie zabija strachu jak racjonalizowanie nieznanego. Kiedy gasną światła objaśnia nam, z czym mamy do czynienia tak wcześnie, że światło mogłoby równie dobrze pozostać włączone do końca filmu. Obiecujący pomysł został zabity przez przewidywalny scenariusz i ziewania nie powstrzymały nawet dosyć ciekawe postaci. Bowiem to nie o postaci tu chodzi ani o tło fabularne, ale o niepokojący wizualny odlot w stylu Cronenberga czy Del Toro. Tymczasem oryginalne trzy minuty niepokoju zostały wydłużone do 81 minut powtarzalnych jump-scare’ów. To nie jest dobry film na straszną noc – myślę teraz.
Werdykt: psikus. Nie wystraszy nawet w Halloween.

Carrie
Po słabej rozpałce dołożyłem do pieca starego drewna, które miło skwierczało. Innymi słowy: nadrobiłem zaległość i obejrzałem CARRIE.
Bal maturalny, za Oceanem tzw. prom, to wdzięczny temat na film o i dla młodzieży. Dlatego potrzeba było Briana De Palmy, żeby spalić go i zrównać z ziemią w swojej adaptacji powieści Stephena Kinga. Tytułowa Carrie jest pośmiewiskiem koleżanek z liceum i ofiarą swojej ultra-pobożnej, maniakalnej matki. Rozdarta między chęcią bycia taką jak inni oraz posłuszeństwem wobec domowych zasad, Carrie odnajduje w sobie moc telekinezy, która przychodzi z pierwszą menstruacją. Może to efekt dojrzewania, a może moc wykształciła się w obronie przed nieprzyjaznym światem. Kiedy szkolny przystojniak zaprasza ją na bal, Carrie wie, że musi się pilnować, bo to zapewne podstęp. Jednak ulega i zaczyna wierzyć w bajkę; zrozumiałe, w końcu perspektywa normalności i akceptacji jest niezwykle kusząca.
Wszystko prowadzi do finałowej eskalacji z mistrzowską, ikoniczną sceną wyboru królowej i króla balu. Wiemy, co nadchodzi, ale De Palma każe nam czekać, wydłużając sekwencję i rozkoszując się detalami. A kiedy dostajemy to, do czego niemiłosiernie zmierzała historia, zamiast czuć satysfakcję jesteśmy oszołomieni. Powinniśmy być – mówi nam o tym jazda kamery wirującej wokół bohaterów szybciej i szybciej, podzielony ekran, a nawet muzyka sklejona z dwóch niepasujących do siebie melodii, jednej słodkiej, a drugiej niepokojącej. Całkiem jak sama Carrie.
Wydawałoby się, że Carrie to historia Kinga, a jednak jego powieściowy debiut zdecydowanie zyskał w wersji kinowej. Ponadto, jak na swój wiek, film dobrze się trzyma i nadal działa. Zasługa to De Palmy, który jest jednym z najlepszych opowiadaczy obrazem wśród filmowców. Jego styl jest niemal namacalny, jak krągłości młodych dziewczyn przebierających się w szatni w slow-motion w otwierającej scenie. Mało kto potrafi wycisnąć tyle soku z pulpy co De Palma.
Werdykt: cukierek. Słodki aż do nadzienia ze świńskiej krwi.

Co robimy w ukryciu / What We Do In The Shadows
Przygotowujecie się na bal kostiumowy? Jeśli jeszcze nie macie przebrania, służę Wam super stylówkami, #ootd#lookoftheday i te sprawy. A to dzięki temu, że do pieca wrzuciłem CO ROBIMY W UKRYCIU.
To jeden z tych filmów, o które wiele osób mnie pytało: „A widziałeś to?” – dlatego zakładam, że Wy też go widzieliście i jestem tu ostatni. Jeśli się mylę, poprawcie mnie i podbudujcie moje ego. Lub nie. W każdym razie, Co robimy w ukryciu to mockument o grupie wampirów i ich codziennym nieżyciu, zrobiony przez współtwórców serialu Flight of the Conchords. Do domu kilkuset letnich krwiopijców przyjeżdża ekipa filmowa z zamiarem nakręcenia filmu o ich życiu. A wampir też człowiek i chce dobrze wypaść na ekranie. Dlatego widzimy, jak szykują się na wieczorne wyjście na miasto, jak przechwalają się, kłócą, zmywają naczynia, ale częściej krew z dywanu.
Właśnie takie przyziemne sytuacje napędzają komedię. Przekomarzanie się wampirów przy stole w kuchni jest zabawne samo w sobie, a kiedy w nerwach dwóch krwiopijców unosi się z krzeseł i frunąc na siebie syczą jak koty gotowe do bójki, nie da się nie wybuchnąć śmiechem. Inteligentny humor na szczęście nie przekracza granicy groteski, a forma reportażu nadaje parodii świeżości. To świetna komedia w duchu najlepszych osiągnięć tego udawanego gatunku, jak choćby This Is Spinal Tap i innych filmów Christophera Guesta czy seriali The Office i Parks and Recreation.
Ok, ale czemu parodia znalazła się w Tygodniu grozy? Bo twórcy biorą swój film na tyle serio, że oprócz wyśmienitego humoru przestrzegają zasad horroru: z ciemności wyskakuje na nas potwór z rozdziawionymi kłami, ofiary są bezlitośnie wykańczane, krew leje się strumieniami, a stary wampir jest odpychający i przypomina Nosferatu. Ponadto po każdym horrorowym bu! następuje moment ulgi. A nie ma lepszego ujścia dla grozy niż humor – jeśli oba są sprawnie połączone, jesteśmy w domu. Co tu robimy w ukryciu, to już nasza sprawa.
Werdykt: cukierek. Z krwią dziewicy. Vampire style!

Maniak / Maniac
Trzeba dołożyć mocno do pieca – dlatego jako następny obejrzałem niedoceniony slasher, który sam Alexandre Aja uwielbia do tego stopnia, że napisał i wyprodukował jego remake.
MANIAK to historia dozorcy, który w nocy wychodzi na ulice Nowego Jorku polować na kobiety. Ten opis może sugerować kolejny tani slasher, ale co robi z niego dobry tani slasher to skupienie się na skrzywionej perspektywie seryjnego mordercy. Pomiędzy brutalnymi scenami zabójstw następują te ciekawsze, pokazujące tytułowego maniaka mówiącego do siebie, otaczającego się manekinami, które przyozdabia skalpami ofiar oraz walczącego z morderczymi instynktami. Czyli slasher psychologiczny.
Po 36 latach od premiery Maniak nadal robi wrażenie, a zasługa to przede wszystkim Joe Spinella w roli tytułowej. Jako Frank Zito wzbudza niepokój, odrazę i strach przez zwalistą sylwetkę i twarz psychopaty, ale też współczucie przez zachowanie wielkiego dziecka. Gorzej jest z aktorkami w rolach ofiar – choć nic w tym dziwnego, ponieważ w ramach cięcia kosztów produkcji w rolach kobiecych zostały zatrudnione aktorki porno. Wydawałoby się, że wilk syty i owca cała, niestety gorzej jest, kiedy panie oprócz rozbierania się i uciekania muszą też coś powiedzieć.
William Lustig robił ten film za bardzo małe pieniądze, co widać. Aktorzy nawet musieli szybko grać swoje kwestie, bo nie było pozwolenia na kręcenie w nowojorskich lokacjach. Ale za to starczyło kasy na litry krwi i wybuchające głowy – tu ukłon w stronę Toma Savini w swojej wąsatej roli na ekranie oraz poza ekranem w jednej ze swoich pierwszych robótek przy efektach i charakteryzacji.
Jeśli lubicie tanie produkcje w klimacie giallo czy Piątku 13-ego (pojawia się tu nawet Betsy Palmer, czyli mama Jasona), na pewno polubicie Maniaka. Albo pokochacie, tak jak Alexandre Aja. „Dorastałem w strachu, ale też miłości do Maniaka. To był jeden z tych filmów, które zainspirowały mnie do zrobienia Bladego strachu (Haute Tension)” – mówił w wywiadzie. Remake’u z Elijah Woodem jeszcze nie widziałem.
Werdykt: cukierek. Na wagę. Tani, ale smaczny.

Mordercze klowny z kosmosu /
Killer Klowns from Outer Space
Kiedy ktoś pyta: „Idziesz na MORDERCZE KLOWNY Z KOSMOSU? Czyta Tomasz Knapik” – nie da się powiedzieć „nie”. Tym bardziej, że trwa tu właśnie Tydzień grozy. Dlatego posłuchałem (nie do końca) zdrowego rozsądku i pozwoliłem, żeby do pieca dorzucił wczoraj VHS Hell.
Mordercze klowny z kosmosu dostarczają bardziej niż było to zamierzone. Jak mogłoby być inaczej, skoro jego twórcy, bracia Chiodo, nie wyreżyserowali przed nim ani po nim innego filmu. Zajęli się za to efektami specjalnymi i animacją poklatkową – pracowali choćby przy Simpsonach i Team America: World Police. Oglądając Mordercze klowny z kosmosu można się zresztą domyślać, że zarówno Matt Groening, jak i Trey Parker i Matt Stone muszą być fanami tego dzieła.
A w nim: seria absurdalnych decyzji prowadzi kreskówkowych bohaterów do groteskowego statku kosmicznego wyglądającego jak cyrk. Istoty z kosmosu to grupa clownów, których plan zakłada przemienienie ludzi w watę cukrową, główny składnik diety każdego clowna. Ich weapon of choice są m.in. wielkie drewniane młotki, popcorn i ciasta z kremem, a zabić ich można jedynie strzelając w ich czerwony kulfoniasty nos. Stephen King nie ma nic na braci Chiodo.
Film nie zrobił kokosów w kinach, ale już kiedy stał się obiektem kultu, zwrócił się z nawiązką dzięki rynkowi VHS, DVD oraz figurkom (tak, jest oficjalna seria i musisz ją mieć), koszulkom i gadżetom. Jeden z trójki braci Chiodo, Stephen, oświadczył w wywiadzie, że Mordercze klowny mają wrócić. Raz mówi o filmie kinowym, raz o serialu, a raz nawet o „trylogii w czterech częściach”. Też nie jestem pewien, co to znaczy, ale wiem jedno – to byłby raj dla wielbicieli złego kina i piekło dla koulrofobów. Czekam niecierpliwie na Killer Klowns Cinematic Universe.
Werdykt: wata cukrowa.

Zaproszenie / The Invitation
W moim piecu pali się już prawie od tygodnia. Dorzuciłem już trochę slashera, garść klasyki, paliło się światło i palił się cyrk. Dzisiaj nie pali się, ale żarzy i grozi wybuchem.
ZAPROSZENIE to prawdopodobnie najlepszy slow-burner tego roku. Karyn Kusama, reżyserka Aeon Flux i Zabójczego ciała, znalazła wreszcie swój głos w kinie niezależnym i zaklepuje sobie miejsce obok Adama Wingarda czy Ti Westa. Kusama zresztą wymienia dzieło tego drugiego, House of the Devil, jako jeden ze swoich ulubionych horrorów: "Uwielbiam prostotę tego filmu. Został ze mną w niespodziewany sposób, ponieważ spędziłam dużo czasu towarzysząc głównej bohaterce w oczekiwaniu na doniosłe wydarzenie. A kiedy już nadchodzi, nie da się go wymazać z pamięci".
To samo mógłby powiedzieć Ti West o nowym filmie Kusamy, który trzyma widza w niepewności co do swoich zamiarów aż do finałowej eskalacji przemocy. Fabuła jest prosta: przyjęcie zmanierowanych 30-latków w domu na wzgórzach Hollywood ujawnia nieoczekiwane zamiary domowników. To jedna z tych historii, która opiera się na postaciach, z wolna odkrywanych dziwactwach i niepokojących domysłach. Napięcie wygrane jest głównie długimi rozmowami, spięciami między uczestnikami przyjęcia, powracającymi traumami z przeszłości. W jednym momencie podważamy rzeczywistość przedstawioną oczami głównego bohatera, a za chwilę myślimy, że jest on tam jedynym przy zdrowych zmysłach.
Film jest bardzo zgrabnie napisany. Kto by się spodziewał po scenarzystach Ride Along, R.I.P.D., Starcia tytanów i Szeregowca Dolota, że napiszą tekst, który brzmi jak psychodrama przeznaczona na deski teatru, a na ekranie wygląda jak wieczór rodziny Mansonów. Zaproście znajomych, zapalcie lampiony, polejcie wino, powiedzcie, że chcecie im coś pokazać i włączcie film. I koniecznie usadźcie nieznajomego w fotelu w rogu pokoju. Zrozumiecie, jak obejrzycie.
Werdykt: guma Shock.

Czarownica / The Witch
Były wampiry i wilkołaki, seryjni mordercy, duchy, mordercze klowny i psychopatyczna sekta. Do horror squadu dorzucam 17-wieczne czarownice i kozła, i mamy Tydzień grozy w pełni. Bu!
Jeśli chcesz obejrzeć dzisiaj jeden horror, niech to będzie dobry horror albo chociaż tak-zły-że-aż-dobry horror. Jeśli o mnie chodzi, nie widziałem w tym roku lepszego horroru niż THE WITCH – Czarownica z sympatycznym podtytułem Bajka ludowa z Nowej Anglii. Nakręcony przez debiutanta Roberta Eggersa film jest mroczną opowieścią o rodzinie wypędzonej z purytańskiej osady ze względu na kalwinistyczne poglądy. William, Katherine i czwórka ich dzieci zamieszkują w chatce pod lasem, gdzie wkrótce rodzi się ich kolejny potomek. Nie jest im niestety dane spokojne wiejskie życie, bo pobliski las okazuje się siedliskiem czarownic.
Jak przystało na przedstawione czasy, to mężczyzna jest alfą i omegą w tej rodzinie. To jego odmienne wierzenia są ukarane wygnaniem, to on decyduje zabrać rodzinę z osady i zamieszkać na odludziu. Żona wykonuje jedynie polecenia i obowiązki, a najstarsza córka jest osądzana o czary, kiedy zaczyna się buntować. Nic wręcz dziwnego, że czarownice – komuna nad wyraz feministyczna – nie dają spokoju patriarchalnej rodzinie.
The VVitch to horror niezwykły, a jego oglądanie można przyrównać do czytania wczesnej nowoangielskiej literatury, Johna Webstera czy dzieł gotyckich autorów. Eggers zadbał o realia aż po najdrobniejsze szczegóły. Bohaterowie nawet mówią w egzotycznym 17-wiecznym angielskim języku. Największą jednak zaletą filmu jest jego gęsty klimat i atmosfera tajemnicy, które Eggers ceni bardziej od tanich trików i gore. Dzięki temu jego Bajka ludowa pozostaje w pamięci jeszcze długo po seansie i wywołuje ciarki na widok kozła. Ach, nie wspomniałem jeszcze nawet o Czarnym Filipie. Może to i lepiej – obejrzyjcie i poznajcie go sami.
Werdykt: lukrecja, czarna jak noc.

To teraz pytanie za cukierka: jakie 7 filmów Wy wybierzecie na swój Tydzień grozy?
[m]

wtorek, 25 października 2016

Dobry, bo polski plakat filmowy: Omen (Andrzej Klimowski)

Tydzień grozy to dobry czas, żeby przypomnieć sobie ten cudowny plakat do klasycznego horroru Richarda Donnera, Omen. Malując go, Andrzej Klimowski pokazał jaja.
A propos! Chodzi legenda, że demoniczny 4-latek grający Damiena dostał rolę, ponieważ podczas castingu – kiedy dostał wskazówkę, aby zaatakować reżysera – wykazał się Metodą aktorską i kopnął Donnera właśnie to, co pokazał Klimowski.
Ale już bez jaj. Teraz na chwilę cofamy się do czasów, kiedy polski plakat filmowy mógł zostać nagrodzony przez magazyn The Hollywood Reporter drugim miejscem w branżowym konkursie na Best Poster w Los Angeles. Rok 1977. Dobre, bo polskie.
[m]

niedziela, 23 października 2016

Stało się - nie ma żadnej ciekawej rocznicy urodzin ani śmierci dziś.
Gdyby poszukać, to i pewnie by coś się znalazło, ale nie ma na to ani czasu, ani tym bardziej ochoty.
Bo jesień, bo do roboty wychodzimy po ciemku i w ciemności z tyry wracamy, zniechęceni, bez życia tak.

Jak u Kur, polska depresja w rytmie dysko polo, może to EJC, może coś jest nie tak z nami, może trza nam dołączyć do obrony terytorialnej patrioty roku, ministra Maciorewicza, choć tym razem, nożyczki w majtki trzeba sobie włożyć, żeby nas wzięli za swojaka, a nie, jak w przypadku Tymona, aby niezdolnego do służby udawać.
Zatem Szalom, geje i lesbijki, bo przecież w niedzielę, dzień święty, to nikt z lepszego sortu czytać tego nie może - wszyscy w kościółku albo ze swą heteroseksualną rodziną czas wolny spędzają na planowaniu jakby tu zagazować te kurwie, co to niedzieli nie spędzają na wychwalaniu Jezusa.
Heloł? [b]

sobota, 22 października 2016

Krótko. Noc oczyszczenia: Czas wyboru

Trzecia Noc oczyszczenia miała być kontrowersyjnym lewym sierpowym w ryj konserwatywnej Ameryki. Tytułowa czystka w okresie przedwyborczym jest w filmie sposobem na pozbycie się kandydatki na prezydenta z partii demokratycznej. Owszem, strona wizualna mówi nam: spójrzcie tylko na tych popaprańców i na ich popaprański sen. Tymczasem scenarzysta i reżyser, twórca całej trylogii, James DeMonaco krzyczy zza kamery: bij, zabij i do przodu!
Jak na najbardziej aktualną z trylogii – wchodzącą przecież na palące w USA tematy – trzecia część jest niestety najbardziej zdystansowana i uciekająca od tematu w eskapizm, a ten, co gorsza, jest wtórny i schematyczny.
Jeśli chcecie zobaczyć prawą i lewą stronę w prawdziwym, najbardziej pierwotnym starciu, lepiej obejrzyjcie ten teledysk:https://youtu.be/NUC2EQvdzmY.
[m]

wtorek, 18 października 2016

Dobry, bo polski plakat filmowy: Bez twarzy (Wiesław Walkuski)

Bez twarzy / Face/Off
Bez twarzy to jeden z najlepszych najgorszych filmów, jakie można sobie wymarzyć. Jest tak przesiąknięty złem, że naprawdę zmienia się w cudowną rozrywkę. Już jego początek ustawia poprzeczkę na wysokości napisu „Tak, tylko w tym filmie”. A po otwierającej scenie z Nicolasem Cage’em zabijającym ze snajperki dziecko Travolty jest tylko lepiej. W skrócie: Travolta naśladuje naćpanego Cage’a, a Cage jest praktycznie nadal naćpanym sobą – i jest to coś pięknego. Ten film to dziecinna kreskówka, którą John Woo rozgrywa jak śmiertelnie poważny film dla dorosłych. A w nim glina i arcyłotr zamieniają się twarzami i jakimś cudem – głosami (podobno do tego wystarczy chip w gardle) oraz sylwetkami, bo ich rodzina – nawet żona w łóżku! – nie widzi różnicy. Plus: jeszcze więcej podrywających się do lotu gołębi niż w jego poprzednich filmach. Wychodzi z tego festiwal szaleństwa, którego dzisiaj nie uświadczy się w kinie mainstreamowym zarabiającym miliony w box-office’ie. Piękne, jak oglądanie najwyższej sztuki.
Więcej: to na pewno jedyny film, który za więzienne buty magnetyczne użył metalowych butów noszonych przez armię Goomba na planie
Super Mario Bros. Czy może być lepiej? Polski plakat filmowy autorstwa Wiesława Walkuskiego z 2001 roku jest z kolei tak dobry, że aż bardzo dobry. Jeden z serii zdjęć paszportowych „na podróż do innych sennych krajów” (dzięki, Mon Decoded!), które pan Wiesław przemycił w przebraniu plakatów - zwykle służących przecież jako część kampanii marketingowej filmu. Czyli znowu piękne szaleństwo w mainstreamie? Najwyższa sztuka. [m]

piątek, 14 października 2016

Relacja: Festiwal Kamera Akcja - o krytyce filmowej i filmach

Karty z ręki, partia była bardzo udana. Teraz pora na przetasowanie. Festiwal Kamera Akcja zakończył się w niedzielę. Cztery dni, podczas których filmy się nie tylko ogląda, ale o nich się też rozmawia, pisze i analizuje. Dla Łodzi jest to bardzo cenny festiwal, który pewnego dnia może zapełnić lukę po Camerimage.

Co odróżnia Kamerę Akcję od innych krajowych imprez, to skierowanie reflektorów na postać krytyka. Gośćmi są tu przede wszystkim poważani dziennikarze filmowi – obok tych bardziej medialnych, jak Tomasz Raczek, Michał Oleszczyk czy Michał Walkiewicz, zasiadają ci znani  i poważani przez czytelników prasy o dziesiątej muzie i bywalców festiwali, m.in. Łukasz Maciejewski, Adam Kruk czy Michał Pabiś-Orzeszyna. Tym sposobem każdy ma szansę poznać różne punkty widzenia na kino i tematy około-filmowe; daje to również możliwość porównania często przeciwnych podejść do świata filmu – czyli przed naszymi oczami wywołuje dyskusję. Lepiej: pozwala włączyć się do dyskusji, która odbywa się w kreatywnej i otwartej na rozbieżne zdania atmosferze – a to jest dziś na wagę złota.

W programie były same asy: warsztaty o wideo-esejach, czyli wejściu dziennikarstwa filmowego w świat YouTube, panele dyskusyjne o selekcji festiwalowej, o polskim kinie za granicą i spotkania z artystami. Świeżo po premierze Wołynia, Wojciech Smarzowski wspominał swoje pierwsze filmy w kinie w Jedliczu, filmoznawcze przygody, studia operatorskie w łódzkiej Filmówce i anegdoty z planów oraz ciekawie opowiadał o swoich metodach pracy przy pisaniu scenariuszy, reżyserowaniu i pracy z aktorami i operatorami. Na pytania odpowiadał z charakterystyczną dla siebie bezkompromisowością i stanowczością, choć z jego wypowiedzi wyłaniał się też człowiek do głębi wrażliwy i uczuciowy. Łukasz Maciejewski przeprowadził rozmowy z Martą Cierbikowską i Bartłomiejem Topą, pokazujące, ile ciekawych słów nie padło jeszcze o sztuce aktorskiej w Polsce – kraju, gdzie aktora można posłuchać głównie w telewizji śniadaniowej.

Nie byłoby jednak Festiwalu Krytyków Sztuki Filmowej bez filmów. Tu organizatorzy też nie zawiedli, wybierając solidną porcję nowego kina ze światowych festiwali i przekładając ją klasykami, filmami mniej znanymi i jedną perełką złego kina, no może dwoma.

Pierwszy na ekranie pojawił się Alojzy, bezbłędnie wyreżyserowana i nakręcona psychologiczna opowieść o prywatnym detektywie, który po utracie ojca traci kontakt ze światem, ale nawiązuje zbawienną więź z tajemniczą kobietą nękającą go telefonami. Z początku film wciąga nas w swój świat jak rasowy kryminał – mamy prywatnego detektywa śledzącego parę kochanków, podsłuchy i nagrania video, tajemnicze telefony, podejrzenia co do tożsamości rozmówczyni i próby jej odnalezienia. Kiedy oczekujemy od historii podążania ścieżką kryminalnego thrillera, Alojzy zmienia kierunek i rozpoczyna się romantyczny komediodramat o wychodzeniu z traumy. Druga połowa filmu to zderzenie rzeczywistości z fantazją dwójki bohaterów, co daje okazję do twórczej zabawy z celuloidową materią, a wyobraźnia reżysera Tobiasa Nölle co rusz podsuwa oryginalne pomysły i rysuje piękne kadry. Nagroda FIPRESCI w Berlinie.

El Clan w reżyserii Pablo Trapero to zupełnie inny świat: przestępczy, okrutny i pozbawiony kręgosłupa moralnego. Fabuła rozgrywa się w latach 80. w Argentynie, gdzie świeżo wywalczone przemiany ustrojowe nie zdążyły jeszcze przynieść przemian mentalnych. To prawdziwa historia tytułowego klanu Puccio – rodziny, która za fasadą przeciętności kryła mroczne oblicze porywaczy, złodziei i morderców. Głową klanu jest leciwy Arquimedes, który z wyglądu przypomina stałego klienta okolicznej apteki. Uwierzyć by można, gdyby powiedział: „tyram 27 lat pod tym zegarem”, a z przestępczością „miałem tyle wspólnego, co z Mercedesami, czyli nic”. Jednak to on twardą ręką rządzi domostwem, w którym przed rodzinną kolacją odmawia się modlitwę przy stole, a przed modlitwą karmi się krzyczącą ofiarę przykutą do wanny w łazience. Córka udaje, że krzyków nie słyszy, matka usuwa się w cień, młodszy syn łapie okazję i wyjeżdża za granicę, a starszy syn przeżywa dylematy. Dynamika między członkami rodziny jest intrygująca, akcja nie pozwala się nudzić, a całość przypomina film Martina Scorsese do tego stopnia, że wyczekujemy aż Rolling Stones zaczną grać Gimme Shelter.

Nightclubbing, we’re nightclubbing, oh, isn’t it wild? – śpiewał Iggy Pop. Belgica to taki dziki film imprezowy, czy właściwie impreza filmowa. Jest tu wszystko, czego można chcieć od dobrej domówki albo suto zakrapianego wieczoru na mieście. Nie ma jednak nic, czego wcześniej byśmy nie widzieli. Dwóch braci rozkręca bar, którego nazwa widnieje w tytule filmu. Najpierw są uskrzydlające wzloty, a później, jakże by inaczej, upadek ze wszystkimi typowymi atrybutami: jest alkohol, są dragi, kobiety, zdrady i śpiew. Wszystko tu brzmi znajomo, jak cover popularnej piosenki, a tymczasem przydałoby się kilka nowych akordów, jakiś bridge czy zmiana tonacji. Po filmie jak po imprezie – szczegóły się rozmywają, ale zostaje z nami dużo dobrej muzyki, której szukamy później na YouTube'ie oraz pozytywny klimat i atmosfera samego miejsca. I po raz kolejny po głowie chodzi powracająca w takich momentach myśl: powinniśmy zdecydowanie otworzyć bar.

Bone Tomahawk to mocny koktajl z Dzikiego Zachodu wyreżyserowany z werwą przez debiutanta S. Craiga Zahlera. Historia obraca się wokół porwania miastowej lekarki przez plemię dzikusów. Na misję jej odzyskania wyrusza kulawy mąż porwanej razem z szeryfem, jego zastępcą i podróżującym kowbojem. Pierwsza część filmu to western rozpisany na bardzo dobrze dobranych aktorów. Kurt Russel z epickim wąsem, którego nie zdążył zgolić po Nienawistnej ósemce to twardy szeryf o dobrym sercu. Richard Jenkins to typ westernowego dziadka-pomagiera, a jednocześnie naiwny, roztargniony artretyk, który z reguły w tego typu fabule służy okazjonalną mądrością, aby ostatecznie skończyć jako mięso armatnie. Jest jeszcze Matthew Fox w swojej pierwszej prawdziwej roli od Zagubionych oraz Patrick Wilson jako mąż porwanej, zwykły, bogobojny facet przynoszący chleb do domu. Na końcu drogi czeka ich niemiła niespodzianka – czyli właśnie druga część filmu zmieniająca kierunek fabuły w krwawy horror. Taka mieszanka to rarytas, a przeprowadzenie naszych mocno osadzonych w westernie bohaterów na drugą stronę taśmy filmowej, do zgoła innego gatunku, ociera się o postmodernizm.

W przyszłości wszystko jest proste jak iOS w Creative Control Benjamina Dickinsona. Rządzony przez technologię świat przyszłości jest odbiciem obecnego. Jest to przyszłość, która spodobałaby się Jobsowi i w którą chce nas wysłać Zuckerberg: ograniczanie kontaktu personalnego pod płaszczykiem wirtualnego zbliżania ludzi, mniej świata rzeczywistego, a więcej aplikacji i okienek świat przesłaniających. Tak jak w przypadku Davida, pracującego dla agencji reklamowej i nadzorującego kampanię nowych okularów VR. David sam wkrótce wpada w uzależnienie od produktu, który ma reklamować – zamiast pracy, związku i znajomych woli czas spędzony ze sztuczną inteligencją, w tym noce z wyobrażeniem dziewczyny swojego przyjaciela. Film prosto, lecz dosadnie pokazuje nam, co ciągnie ze sobą rewolucja technologiczna i co każe nam poświęcić. Elegancki minimalizm wnętrz, zdjęć i kolorów (film jest w większości czarno-biały) odzwierciedla pozorne uproszczenie rzeczywistości. To wszystko może brzmieć na moralizatorski dramat, ale Creative Control to gorzka komedia, która naprawdę śmieszy, a w inteligentnych dialogach czuć inspirację kinem Woody’ego Allena. Tylko czemu ze wszystkich rzeczy, na jakie pozwala wirtualna rzeczywistość, filmowcy niezależni wybierają jedynie sztuczny seks? Czy ograniczona wyobraźnia nie jest przypadkiem przedmiotem rzeczonej krytyki?

Nicolas Winding Refn najwyraźniej jest bardzo zmęczony. Nuży go łatka reżysera Drive, nużą go fabularne ramy, postanowił więc zmęczyć swoją niegdyś oddaną widownię przydługą zabawą w MTV. Neon Demon to drugi po Tylko Bóg wybacza tytuł, który może mu znacznie utrudnić realizację kolejnych projektów. Zostaje on co prawda wierny sobie, jak artysta powinien, ale jego autorskie kino może wkrótce spotkać się z niechęcią na miarę tej, która spotkała M. Nighta Shyamalana. Z początku Neon Demon ogląda się dobrze: feeria barw i świateł hipnotyzuje, wciągając nas w atrakcyjny dla oka świat modelek, który cuchnie zgnilizną i padliną. Po tej szybkiej konstatacji film zaczyna nużyć, nie mając nic więcej do powiedzenia. Powieki stają się ciężkie, a hipnoza przeradza się w sen, aby na koniec nieprzyjemnie nas wybudzić. NWR dosadnie portretuje swoje modelki jako zwierzęta przyczajone do ataku w dżungli show-biznesu. Nie da się jednak oprzeć wrażeniu, że materiał na pięciominutowy teledysk został wydłużony do dwugodzinnego oglądania kalejdoskopu, aż do porzygu.

Umieszczenie zaraz po Neon Demon filmu Reproduktorki to niezły żart ze strony organizatorów, ale też swego rodzaju dialog, o jaki trudno na sali kinowej. Tak musiał smakować grindhouse’owy double feature. Pokazywane w ramach VHS Hell – cyklicznych pokazów filmów tak złych, że aż dobrych – Reproduktorki rozgrywają się po części wśród nowojorskich modelek. Tyle że zamiast rozdmuchiwać już i tak zbyt nadęty balon wyrafinowania a’la NWR, ten film po prostu pokazuje nam balony. Nagie. Taplające się w kisielu służącym za nasienie kosmity, który porywa dziewice i przetrzymuje je w podziemiach Nowego Jorku. Ot, tak. Nie pytajcie, bo aktorzy też nie pytali. Pokazy VHS Hell to unikalne zbiorowe doznanie, które wzbogaca lektor, kapitalnie improwizujący dialogi na żywo, punktujący słabości fabuły i wchodzący w interakcję z publicznością. I tym razem nie obyło się bez perełek niczym z Mystery Science Theatre 3000, jak np. detektyw Niepewny dzwoniący z niepewnością czy dziewczyna gotująca zupę i rozbierająca się do rosołu. Kto nie wie, o co chodzi, niech żałuje i nie przegapi następnego pokazu VHS Hell.


Siódemka z pewnością była szczęśliwa dla Festiwalu Kamera Akcja. Miłośnikom dyskusji o kinie przyszło teraz czekać rok na kolejną edycję – Łódź powinna trzymać mocno kciuki za to wydarzenie, bo może wkrótce firmować to miasto lepiej niż trasa W-Z. Tymczasem z powrotem w TBK, porcja kultury, inspiracji, pomysłów i rozmów powinna zmienić Waszego oddanego pismaka w krytyka.

#jestemkrytykiem [m]

piątek, 7 października 2016

Festiwal Krytyków Sztuki Filmowej KAMERA AKCJA - dzień I

Po pierwszym rozdaniu Festiwalu Kamera Akcja u mnie już dwa na dwa: dwie premiery i obie kapitalne. Pierwsza to fantazje szwajcarskiego prywatnego detektywa, a drugi mógł zrobić Scorsese, gdyby mieszkał w Argentynie.

Festiwal rozpoczęła niezwykle przyjemna, lekka, zwięzła i zabawna ceremonia otwarcia – luz na scenie przypomina, że Festiwal został stworzony przez miłośników kina dla miłośników kina. Pierwszy na ekranie pojawił się Alojzy (Aloys), świetnie wyreżyserowana, nakręcona i zagrana psychologiczna opowieść o prywatnym detektywie, który po utracie ojca traci kontakt ze światem, ale nawiązuje zbawienną więź z tajemniczą kobietą nękającą go telefonami. Z początku film chce nas wciągnąć w swój świat jak rasowy kryminał – mamy prywatnego detektywa śledzącego parę kochanków, podsłuchy i nagrania video, tajemnicze telefony, podejrzenia co do tożsamości rozmówczyni i próby jej odnalezienia. W momencie, kiedy oczekujemy od kryminalnej historii wkroczenia na teren thrillera, Alojzy zmienia kierunek i traktuje nas romantycznym komediodramatem o wychodzeniu z traumy. Druga połowa filmu to zderzenie rzeczywistości z fantazją dwójki bohaterów, co jest okazją do twórczej zabawy z celuloidową materią, a wyobraźnia reżysera Tobiasa Nölle co rusz podsuwa oryginalne pomysły i rysuje piękne kadry. Nagroda FIPRESCI w Berlinie.


Drugi film to zupełnie inny świat: przestępczy, okrutny i pozbawiony kręgosłupa moralnego. Fabuła El Clan Pablo Trapero rozgrywa się w latach 80. w Argentynie, gdzie świeżo wywalczone przemiany ustrojowe nie zdążyły jeszcze przynieść przemian mentalnych. To prawdziwa historia tytułowego klanu Puccio – rodziny, która za fasadą przeciętności kryła mroczne oblicze porywaczy, złodziei i morderców. Głową klanu jest leciwy Arquimedes, który z wyglądu przypomina stałego klienta okolicznej apteki. Uwierzyć by można, gdyby powiedział: „tyram 27 lat pod tym zegarem”, a z przestępczością „miałem tyle wspólnego, co z Mercedesami, czyli nic”. Jednak to on twardą ręką rządzi domostwem, w którym przed rodzinną kolacją odmawia się modlitwę przy stole, a przed modlitwą karmi się krzyczącą ofiarę przykutą do wanny w łazience. Córka udaje, że krzyków nie słyszy, matka usuwa się w cień, młodszy syn łapie okazję i wyjeżdża za granicę, a starszy syn przeżywa dylematy. Dynamika między członkami rodziny jest intrygująca, akcja nie pozwala się nudzić, a całość przypomina film Martina Scorsese do tego stopnia, że wyczekujemy aż Rolling Stones zaczną grać Gimme Shelter.


Trwa dzień drugi Festiwalu – dzisiaj m.in. polski Kamper, Belgica nagrodzona za reżyserię w Sundance, Edelry Dumały i spotkanie z twórcą, krwawa mary z Dzikiego Zachodu, czyli Bone Tomahawk (pisałem już o nim tutaj: www.totalnybrakkultury.blogspot.com/2016/01/top-2015.html) i wiele więcej.

[m]