piątek, 6 lipca 2018

Zimna wojna



Film opowiada nam o zakochanych w sobie bez pamięci artystach, których osią życia jest muzyka. Ona śpiewa, on jej gra. Czy może być piękniej? Autor pokazuje nam pełen obraz tego skomplikowanego uczucia. Jasne światło padające na lirykę miłości pokazuje toksyczny cień, który jednocześnie przypomina, że wszystko ma dwie strony. Istotnym dodatkiem do historii tych dwojga jest sytuacja polityczna lat 50–60 i jej tytułowa wręcz niska temperatura. Widzimy ją zarówno jako przeszkodę do wspólnego życia głównych romantyków filmu, jak i Polaków w ogóle. Oglądając ten film nasłuchamy się wielu utworów z ludowego repertuaru Polski i uroczego jazzu. Doświadczymy również kilku klasycznie „polskich” momentów filmowych. Przeciągana refleksja, proste zapisy rzeczywistości czy zwykła nuda to filary nieudanej polskiej kinematografii, które wkradały się do filmu niczym zapomniane ciocie na wesele (bo tak wypada). Ostatecznie uważam, że świetne kreacje czworga głównych aktorów, niestandardowa technika robienia filmu i chwytająca za serce muzyka powinny przyciągać do kina tłumy widzów głodnych porządnej kinematografii. Autor Zimnej Wojny potrafił zbalansować wschodnią nudę kina i zachodni gorąc storytellingu dając chociażby Polakom powód do dumy z własnych wartości.
[ms]

czwartek, 28 czerwca 2018

The Last Of Us part II - zapowiedź z E3


To już druga część opowiadająca o przygodach dwójki śmiałków przemierzających zapomniane przez cywilizację tereny USA. Po globalnym boomie i ogromnym sukcesie pierwszej części, twórcy postanowili uraczyć fanów kolejnym równie, a może nawet bardziej, skomplikowanym obrazem relacji pośród walczących o przetrwanie ludzi. Nie wiemy wiele i z pewnością prędko nie będziemy, biorąc pod uwagę niesamowite pokłady asertywności Neila Druckmanna, natomiast pewien ciężar presji wywołanej przez fanów, pozwolił nam dowiedzieć się kilku istotnych faktów. W sieci krążą obecnie 3 zwiastuny nowej części TLOU. Pierwszy z nich, wypuszczony w 2016 roku ukazuje Ellie w objęciach adrenaliny, przysięgającą zemstę na kimś za to co się wydarzyło. Towarzyszyła jej sylwetka Joela, która stała się obiektem wielu spekulacji dotyczących swojej roli w drugiej części. Następny zwiastun, wyświetlony w roku 2017 na Paris Game Week, pokazał, że cenzura to jednak przydatne pojęcie we współczesnym świecie. Krótki filmik nosił w sobie dużą dawkę brutalności i agresji widocznych między bohaterami. Fani na przekąskę otrzymali update o nowych postaciach i na tych oparach musieli żyć aż do Czerwca 2018 roku, kiedy to odbyły się targi gier E3 w Los Angeles. Wygłodniali, ale zmotywowani dostali obiecany wcześniej 11 minutowy gameplay z Ellie jako jedyną grywalną postacią w drugiej części ( gdzie jest Joel? ). Pierwszy raz ukazano zarys rzeczywistej fabuły a nie jak do tej pory zajawkę. Na chwilę obecną wiadomo, że wydarzenia mają miejsce 25, 26 lat po tzw. outbreak’u. Ellie żyje relatywnie spokojnym życiem w Jackson – miejscu, do którego oboje z Joelem dotarli pod koniec części pierwszej. Tutejsza społeczność znalazła sposób na cywilizowane życie i jego obronę. Natomiast, swoisty azyl, jakim miała być tama Tommy’ego został zaatakowany. Nie wiadomo przez, którą ze stron, ale oczywistym jest, że Ellie nie ma zamiaru tego tak zostawić. Pośród kilku grup antagonistów w grze, do starcia dochodzi z tzw. serafitami. Jest to grupa religijna, broniąca swoich wartości za wszelką cenę i nie ma w niej miejsca na poddawanie ich pod dyskusję ( zobaczcie gp, dowiecie się o co mi chodzi ). Ellie jest o wiele sprawniejsza niż niejako próchniejący w pierwszej części Joel, co widać w płynności poruszania się postacią. Gracze otrzymają kilka dodatkowych cech craftingu jak chociażby broń z tłumikiem czy wybuchające strzały. Nowa postać ma możliwość unikania jak i przyjmowania ciosów w dość spektakularny sposób. Czym zawinili Serafici? Czemu są ubrani w skórę? Czemu Ellie nazywana jest Wilkiem? Skąd ma taką super dziabę w miejsce blizny? Czy będzie tryb nasłuchiwania? Gdzie jest Joel? To 11 minutowe dzieło deweloperów ND nie pokryło żadnego z tych pytań, ale jestem pewien, że gdy nadejdzie czas premiery i wszyscy już zamówią domowe kroplówki, wezmą L4 na cały tydzień to stwierdzą, że warto było czekać. Najnowyszy z wypuszczonych filmików wywołał furorę wśród graczy. Studio Naughty Dog zaprezentowało swoje dotychczasowo najwyższe osiągnięcie graficzne, używając swojego najnowszego silnika gry. I to jest dopiero silnik... Ilość szczegółów, jakość padającego światła, S.I. postaci, struktura mięśni i wiele wiele innych, na które osobiście nie mogę się doczekać detali, pokazują nam jak bardzo deweloperzy w ND zaniedbują swoje rodziny, przenosząc materace do pracy. Jak powszechnie wiadomo, po wypuszczeniu ostatniej części Uncharted: Zaginione Dziedzictwo, studio jest w 100% skupione na projekcie TLOU2. Mimo cyklicznie odświeżanej presji na Neilu, nikt nie powiedział kiedy nastąpi data premiery. Jak to Neil ujął:”Nauczyliśmy się swojej lekcji i nie zdradzimy daty premiery, dopóki nie będziemy naprawdę blisko końcowego efektu”. Czy po 5 latach oczekiwania jest go za co winić? Po wskoczeniu wyżej w dobie kolejnej generacji konsol, wspomniane wcześniej studio starało się dostarczać gry jednoosobowe z większym naciskiem na profile postaci. To oznacza budowanie historii, relacji, scenariusza uwzględniającego zewnętrzne bodźce, z którymi styka się główny bohater. Serię Uncharted rozwijano z poziomu przyszywanego bratanka Indiany Jonesa, który naoglądał się za dużo filmów. Nikt się nie spodziewał, że czwarta część zamknie historię Nathana pokrywając takie wątki jak: małżeństwo, dziecko, przyszłość, konflikt wewnętrzny. Oblicze gier komputerowych się zmienia i jeśli tą zmianą ma być coś lepszego niż wykreowana relacja między Joelem  a Ellie to jestem w stanie poczekać. Grając w taką grę, dostrzegamy kunszt świetnego scenopisarstwa, dostając przy tym najwyższej jakości wizualne doznania.
Twórczy Dyrektor Generalny: Neil Druckmann (Seria Uncharted, komiks The Last Of Us, Left Behind).
Aktorzy: Ashley Johnson ( Ellie ), Troy Baker ( Joel ).
Muzyka: Gustavo Santaolalla
[ms]

piątek, 4 maja 2018

Avengers: Wojna bez granic. Bracia Russo i gra zespołowa

Skala widowiska, do którego od lat prowadziło całe MCU nie przerosła braci Russo ani trochę – film jest opowiedziany spójnie, ciekawie, każdy bohater zachowuje swój charakter i ma swoje 5 minut, a przy tym villain jest intrygujący, ale też odpowiednio większy-niż-życie. Jak Anthony i Joe Russo ogarnęli taki mega-ensemble, jakim jest „Avengers: Infinity War”?

Joe i Anthony Russo na planie Witajcie w Collinwood
16 lat temu bracia Russo ogarniali niezależną komedię kryminalną pod skrzydłem Stevena Soderbergha, który wyciągnął rękę po obejrzeniu ich debiutanckiego „Pieces” w Sundance. Soderbergh pomógł zadłużonym przez pierwszy projekt braciom i dał im wstęp do swojego filmowego światka. Skrzyknął nawet porządną obsadę na czele ze „swoimi” gwiazdami: George’em, Clooneyem, Williamem H. Macy, Samem Rockwellem. „Witajcie w Collinwood” było pierwszym ansamblem braci i zostało ciepło przyjęte, głównie przez lekką rękę i właśnie dobrze poprowadzoną obsadę.

„Collinwood” wypadło blado w box office’ie, ale buzz wokół wówczas młodych twórców pozostał. Przyszła pora na telewizję, w której bracia Russo zagrzali sobie miejsce na lata. Odpowiadali m.in. za odcinki „Arrested Development” (za który otrzymali nagrodę Emmy), „Community” i „Happy Endings”. A co te seriale mają ze sobą wspólnego? Wszystkie opowiadają o grupach: rodzinie, klasie w college’u, przyjaciołach – i wszystkie zaskarbiły sobie popularność dzięki ansamblowi młodych aktorów, z których wielu stało się gwiazdami.

Bracia Russo na premierze
Avengers: Wojna bez granic
Z tyłu głowy bracia Russo mieli zawsze komiksy. Joe twierdzi, że ma ich w swojej szafie ponad 3000. Dlatego kiedy pojawił się wakat na fotel reżysera drugiej części „Kapitana Ameryki”, bracia poprosili Soderbergha, aby wstawił się za nimi w Marvel Studios. Ten nie rozumiał, dlaczego chcieliby stanąć za kamerą filmu komiksowego, ale zrobił to i poręczył za reżyserów przed Kevinem Feige’em, Scarlett Johansson i Chrisem Evansem. Tym sposobem bracia Russo weszli w Uniwersum, które dopiero co zaczęło stać super-zespołami.

Z bardzo dobrze przyjętego „Zimowego Żołnierza” przeskoczyli na jeszcze bardziej wyhajpowaną „Wojnę Bohaterów”, stopniowo powiększając swój super-zespół, budżet i kwalifikacje gości od ansambli, przebijając nawet guru Jossa Whedona. „Wojna bez granic” to przedostatni przystanek na trasie rozbuchanego MCU – prawdopodobnie więcej i mocniej się nie da – a jednak nigdy nie pęka w szwach. Ścieżka braci Russo wygląda tak, jakby przygotowywali się do tego projektu przez całą swoją filmografię. Oni twierdzą, że najlepszym przygotowaniem było wychowanie w dużej włosko-amerykańskiej rodzinie, co wykształciło w nich zainteresowanie dynamiką związków międzyludzkich.

Wracając do Soderbergha, podczas pracy nad „Wojną bez granic”, bracia przyznali się do inspiracji konstrukcją narracyjną i energią dwóch filmów: bardzo dobrych „Dwóch dni z życia doliny” Johna Herzfelda oraz klasycznym kryminałem „Co z oczu, to z serca” spod ręki właśnie Soderbergha. Wychodzi na to, że Anthony i Joe Russo sporo mu zawdzięczają. Nic dziwnego, że przed premierą nowych „Avengersów” dostali od niego maila o treści: „Wisicie mi samochód”.
[m]

środa, 31 stycznia 2018

[m]ój top 2017

20th century women
Jak każdy na weselu kiedyś podśpiewywał: Niech żyje wolność i swoboda! Mike Mills zabiera nas w emocjonalną podróż do schyłku lat 70, w świat peace & love. Zamiast jednak bawić się nostalgią, Mills rysuje uniwersalny i głęboko humanitarny portret czasów, ludzi i emocji. Niezwykła przyjemność.

Baby Driver
Kolejna petarda od Edgara Wrighta! Film, który obejrzę jeszcze nie raz. Heist movie i młodzieżowe Drive w jednym odjechanym, 2-godzinnym teledysku. Muzyka! Angel! Spacey! I najlepsze użycie palety barw na taśmie filmowej w 2017 roku. Wright sam powiedział kiedyś, że jego postaci są łatwe do namalowania – tak jest i tym razem, bo „Baby Driver” mógłby być stylowym, pełnym żywych kolorów komiksem.

Brawl in Cell Block 99
Dwa lata temu typowałem w topie (topowałem?) „Bone Tomahawk” S. Craiga Zahlera. W 2017 Zahler powrócił ze swoim drugim filmem i nie mam wyjścia… „Brawl in Cell Block 99” już swoim tytułem mówi czym jest i ani przez chwilę nie zbacza z drogi eksploitacji. To obraz znacznie inny niż horror-western, którym Zahler debiutował; to też film inny niż inne. To seventisowo-ejtisowe szaleństwo z prawym i sprawiedliwym bohaterem, oszczędnymi dialogami i wylewnymi pojedynkami na pięści zamknięte w puszce grindhouse’u. Najbliższy Zahlerowi AD 2017 nie jest jednak Tarantino, a Refn.

Cicha noc
Kolejny smutny obraz polskiego zaścianka? Właśnie, że nie. Film Domalewskiego wyróżnia się, choćby na tle filmów Smarzowskiego, ciepłym, ale nadal realistycznym spojrzeniem na swoich bohaterów. „Cichą noc” wypełniają nie idee, ale prawdziwi ludzie, na których nam zależy i emocje, które znamy. Napisane, zainscenizowane i wygrane bez żadnej fałszywej nuty.

Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie
Obserwacje społeczne pod płaszczem gadanej komedio-dramy. Kiedy podczas spotkania przy stole grupa znajomych wyjmuje telefony na stół, wszystkie małe i duże sekrety zaczynają wybrzmiewać z dzwonkami. Zabawne, świetnie napisane dialogi, fantastycznie odegrane przez aktorski ensemble prowadzą do inteligentnej puenty o nas samych AD 2017. Jak pyszna kolacja w gronie dobrych znajomych.

Dunkierka
Nolan znów to zrobił, tym razem odchodząc od blockbusterowej widowiskowości na rzecz realizmu wojny. „Dunkierka” jest plastyczna jak obrazy Charlesa Cundalla, którymi reżyser się inspirował, a jednocześnie prawie paradokumentalna, do tego stopnia, że w każdej chwili oczekiwałem narratora z offu i prawdziwych zdjęć z pola bitwy. Natomiast scenariuszowy zabieg trzech linii czasowych to nadal czysty Nolan.

Florida Project
W dobie nostalgicznych powrotów do dzieciństwa Sean Baker pokazuje nam światek taniego motelu na Florydzie widziany oczami najmłodszych. Społeczność tam mieszkająca jest trochę jak najniższy pokład Titanica: biedni, przegrani, bez perspektyw, ale trzymający się razem. Ich anioł stróż w postaci zarządcy motelu (wspaniały Willem Dafoe) pogrozi palcem, kiedy nie płacą czynszu, ale też stanie w obronie przed każdym z zewnątrz, który przychodzi walić w drzwi mieszkańców. Motel o bajecznej nazwie Magic Castle, usytuowany w cieniu Disneylandu i pomalowany na bajkowy fiolet, to azyl dla wyrzutków, których amerykański sen okazał się iluzją. W tej społeczności świetnie odnajduje się 6-letnia Moonee (rewelacyjna Brooklynn Prince, musi być chociaż Oscar-nom), psotliwa, wygadana, naśladująca dorosłych, choć wokół siebie nie ma najlepszych wzorców. Jej młoda mama sama jeszcze jest dużym dzieckiem, zbuntowaną, wytatuowaną przedstawicielką najniższej amerykańskiej klasy społecznej, tzw. white trash. Kalejdoskop emocji, śmiechu i wzruszeń aż do mocnego końca.

Sing Street
Cudownie naiwna bajka, napisana muzyką, muzyką i muzyką, a także humorem i pozytywną energią. Twórca Once raczy nas historią młodych chłopaków z Dublina lat 80., którzy wypowiadają słowa, jakie każda paczka kumpli wypowiada w czasach szkolnych: załóżmy zespół. Jak mówią, tak robią, a realizacja idzie im niemożliwie dobrze. „Niemożliwie” to słowo klucz, bo wiadomo, że w rzeczywistości piosenki początkujących muzyków nie brzmią tak dobrze. Ale od czego są bajki? Od tego, żeby przez dwie godziny w nie wierzyć i świetnie się bawić. Do Sing Street i jego ścieżki dźwiękowej chce się wracać – tym większa szkoda, że dystrybutor nie wypuścił filmu w kinach ani na żadnym nośniku. Smutna buźka.

Split
Shyamalan nie wrócił, bo tak naprawdę nigdzie sobie nie poszedł. Po etapie niełaski to widzowie do niego wrócili. W „Split” jego wizja jest spójna jak zawsze, napięcie wysokie jak diabli, a twisty windują film na wyższy poziom – zaczątek nowego filmowego uniwersum. SCU: Shyamalan Cinematic Universe jest tym, czego świat potrzebował. McAvoy pięknie szarżuje w swoich rolach, a M. Night usuwa się w cień – ba! – nawet z siebie żartuje. Mało? Oprócz kapitalnej gatunkowości, „Split” jest też arcyciekawym studium radzenia sobie z traumą, a zakończenie jednocześnie straszy i wzrusza.

Star Wars 8
Jako nie-fan kultowej Sagi nie jestem najzasadniejszym głosem w dyskusji o Gwiezdnych wojnach. Wiem jednak, kiedy mam do czynienia z dobrym filmem. Rian Johnson w ciągu 2 i pół godziny przekonał mnie do swojej wizji bardziej niż George Lucas przez swoje 13 godzin.

Strażnicy galaktyki 2
Marvel według Jamesa Gunna to rozrywka z cholernie dużym serduchem.

Sztuka kochania
2017 to dobry rok dla polskiego kina. Historia Michaliny Wisłockiej jest nie tylko opowieścią na czasie, ale też motywującym portretem niebanalnej kobiety. Dwie rzeczy, których w polskim kinie próżno było szukać. I trzecia: to uniwersalny film, który będzie zrozumiały wszędzie tam, gdzie dociera kino. Doceniony przez krytykę i widzów w Polsce, chętnie oglądany w kinie i polecany znajomym – można śmiało stawiać „Sztukę kochania” jako przykład w rodzimych szkołach filmowych.

The Square
Tymczasem w świecie kultury wysokiej… Dyrektor muzeum sztuki nowoczesnej angażuje się w wypromowanie nowej instalacji – tytułowego kwadratu, „azylu zaufania i troski”. Punkt wyjścia poniekąd z życia wzięty, bo reżyser był autorem takiej samej instalacji w jednym ze szwedzkich muzeów. Ruben Ostlund podchodzi z dużą dozą ironii do sztuki samej w sobie, jak również do swoich bohaterów, otacza ich chaosem, w którym próbują się odnaleźć. „The Square” to na poły film i prowokacja. Jak dobry artysta, Ostlund zmusza nas do myślenia: obłuda rządzi światem i nawet sztuka nic na to nie poradzi. Smutne refleksje, ale film równie zabawny, co niepokojący.

To
Jeśli o horrory idzie, nie było w 2017 lepszego niż „To”. Bijąca na głowę adaptację z Timem Curry, nowa wersja korzysta z fandomu „Stranger Things” i usprawnia wszystko, co nie do końca grało w rekordowo popularnym serialu. Zamiast stawiać na fetyszyzowanie ejtisowych rekwizytów, film idzie swoją drogą i zabiera nas w podróż, a rekwizyty tworzą bogate tło dla najstraszniejszej przygody życia. Młody Skarsgard wybornie odnalazł się w roli Pennywise’a.


Uciekaj
Najlepszy debiut od czasu „Szóstego zmysłu”. „Uciekaj!” to inteligentne i bezkompromisowe kino gatunkowe, które z łatwością przechodzi od horroru, przez komedię do satyry społecznej. Pierwszy film Jordana Peele’a niespodziewanie podbija wszystkie festiwale i zdobywa nagrody krytyków, co może doprowadzić do niecodziennej sytuacji w filmowymi światku: czarna komedia/horror z Oscarem?

niedziela, 8 stycznia 2017

Subiektywny TOP 10: Najlepsze filmy 2016

2016 był dziwnym rokiem. Smutne pożegnania, gorzkie rozczarowania, złe wiadomości – a z drugiej strony urodzaj filmowy i serialowy. Być może właśnie w reakcji na zastaną rzeczywistość rekordy kasowe zostały pobite, a liczba filmów w obiegu kinowym zwiększyła się. Ale ile z tego było oryginalnego materiału, a ile wywlekania trupów z szafy? No cóż…

Zestawienie najlepiej zarabiających filmów mijającego roku podtrzymuje status quo: dominację bajek i nienaruszalną pozycję (aktualnych oraz wiecznych) dzieci. Zeszłoroczny rekordzista, Universal Pictures z blisko 6,9 mld dolarów wpływów, został już pobity przez konglomerat Disneya, który zgarnął w tym roku ponad 7 miliardów. Takie pieniądze zarabiają dzisiaj wyłącznie sequele, remake’i, animacje i adaptacje, w szczególności komiksów. WYŁĄCZNIE. Nie odcinam się od grupy docelowej Universala i Disneya, bo siedzę w niej jednym pośladkiem. Jednak odkrywam w sobie coraz większą chęć podniesienia tyłka z fotela i opuszczenia tej grupy. Jest w tym może trochę potrzeby bycia outsiderem, ale w większości powoduje mną zmęczenie materiału. Zauważam z pewnym zaskoczeniem, że spośród 20 największych kasowych hitów 2016 roku, w kinie obejrzałem 4 (Batman v Superman, Legion samobójców, Fantastyczne zwierzęta, Ghostbusters). Disney nie wzbogacił się dzięki mnie, ale z dumą mogę powiedzieć, że zasiliłem konta m.in. Paramountu, Bold Films, Silver Pictures, Bad Robot, Lionsgate czy New Line Cinema.

Co to znaczy? Że jestem wybredny? A może kieruje mną przywiązanie do estetyki kina sprzed lat? W końcu Paramount, Silver Pictures, New Line czy Bad Robot przywołują od razu skojarzenia z klasycznym kinem hollywoodzkim, ejtisami, małomównymi twardzielami i nową przygodą. Najlepiej sprawdzić to drogą podsumowania – zebrałem filmy wyprodukowane w 2016 roku, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Dzielę się z Wami, a Wy możecie ocenić sami, czy jestem wybredny, czy kieruje mną nostalgia, czy może do końca stetryczałem. W każdym razie, w kolejności niezobowiązującej…

Nie widziałem w 2016 drugiego takiego filmu, co Człowiek-scyzoryk (Swiss Army Man). Poprawka: nie widziałem jeszcze takiego filmu – kropka. Film, który zaistniał jako „ten, w którym Harry Potter gra pierdzące zwłoki”, a okazał się mądrą groteską o istocie człowieczeństwa. Zrobiony przez Dana Kwana i Daniela Scheinerta , duet odpowiedzialny za muzyczną petardę – teledysk do Turn Down For What. Człowiek-scyzoryk zaczyna się jak zwariowana komedia, aby z każdym kilometrem przebytym przez Paula Dano z martwym Danielem Radcliffe’em na plecach zyskiwać na znaczeniu. W tym szaleństwie jest metoda: surrealistyczne wizje sąsiadują z ulotną prawdą o tym padole i jego ograniczeniach. Aż do niewygodnego zakończenia, podczas którego ostateczną prawdą jest to, że wszystko idzie w piach - i nawet wtedy twórcy nie potrafią zachować poważnej miny. Film, który zostaje z widzem i dosłownie kończy się słowami „What the fuck?”.

Siła Under the Shadow leży w jego osadzeniu w rzeczywistym koszmarze Bliskiego Wschodu. Zamiast jednak epatować tragizmem i bezsensem wojny, o którym słyszymy codziennie, Babak Anvari idzie w gatunek, który działa na dwóch poziomach: jako kino grozy i jako kino społecznie zaangażowane. To duszny horror rozgrywający się w Iranie w latach 80. Matka z córką przeżywają koszmar, kiedy po bombardowaniu Tehranu ich dom zaczynają nawiedzać złe siły – a na zewnątrz nie czeka na nie ratunek i zbawienie, jak to ma zazwyczaj miejsce w tego typu historiach. Jedyne schronienie kobiety i dziewczynki to ich mieszkanie. Matka zasłania okna, kiedy ćwiczy do zjechanej taśmy VHS z treningiem Jane Fondy. W jednej ze scen nawiedzenia zjawa przybiera postać wielkiego hidżabu – chusty, którą kobiety zasłaniają swe wdzięki w towarzystwie mężczyzn, ale która w Islamie również może oddzielać człowieka od Boga. Najlepsze wykorzystanie kina grozy w tym roku.

Landmine Goes Click to trzymająca za gardło rozprawa o zemście, która jest niczym ładunek wybuchowy raniący odłamkami każdego w swoim zasięgu. Zaczyna się jak survival thriller, a kończy jak europejskie wydanie Tarantino. Trójka przyjaciół na wyjeździe w Gruzji nocuje pod namiotami na zboczu góry. Dwoje z nich to para narzeczonych, trzeci to przyszły świadek. Traf chce, że ten ostatni następuje na minę i nie może się ruszyć do czasu, aż pozostali zorganizują pomoc. Wtedy na jaw wychodzi zdrada dziewczyny z przyjacielem, a cała sytuacja okazuje się czymś więcej niż zwykłym trafem. Nagrodzony przez publiczność Splat Fest Horror Film Festivalu 2016 scenariusz jest jednym z lepszych, jakie kino niezależne w zeszłym roku spłodziło. Film zaskakuje i wciąga, a w swoim ascetyzmie znajduje siłę. Reżyser Levan Bakhia prowadzi nas przez niewygodne pytania, na które nie daje odpowiedzi, a swoim bohaterom odmawia oczyszczenia.

Creative Control upraszcza przyszłość niczym iOS. Rządzony przez technologię świat przedstawiony jest odbiciem obecnego. Jest to przyszłość, która spodobałaby się Jobsowi i w którą chce nas wysłać Zuckerberg: ograniczanie kontaktu personalnego pod płaszczykiem wirtualnego zbliżania ludzi, mniej świata rzeczywistego, a więcej aplikacji i okienek świat przesłaniających. Tak jak w przypadku Davida, pracującego dla agencji reklamowej i nadzorującego kampanię nowych okularów VR. David sam wkrótce wpada w uzależnienie od produktu, który ma reklamować – zamiast pracy, związku i znajomych woli czas spędzony ze sztuczną inteligencją, w tym noce z wyobrażeniem dziewczyny swojego przyjaciela. Film prosto, lecz dosadnie pokazuje nam, co ciągnie ze sobą rewolucja technologiczna i co każe nam poświęcić. Elegancki minimalizm wnętrz, zdjęć i kolorów odzwierciedla pozorne uproszczenie rzeczywistości. To wszystko może brzmieć na moralizatorski dramat, ale Creative Control to gorzka komedia, która naprawdę śmieszy, a w inteligentnych dialogach czuć inspirację kinem Woody’ego Allena.

Alojzy to bezbłędnie wyreżyserowana i nakręcona psychologiczna opowieść o prywatnym detektywie, który po utracie ojca traci kontakt ze światem, ale nawiązuje zbawienną więź z tajemniczą kobietą nękającą go telefonami. Z początku film wciąga nas w swój świat jak rasowy kryminał – mamy prywatnego detektywa śledzącego parę kochanków, podsłuchy i nagrania video, tajemnicze telefony, podejrzenia co do tożsamości rozmówczyni i próby jej odnalezienia. Kiedy oczekujemy od historii podążania ścieżką kryminalnego thrillera, Alojzy zmienia kierunek i rozpoczyna się romantyczny komediodramat o wychodzeniu z traumy. Druga połowa filmu to zderzenie rzeczywistości z fantazją dwójki bohaterów, co daje okazję do twórczej zabawy z celuloidową materią, a wyobraźnia reżysera Tobiasa Nölle co rusz podsuwa oryginalne pomysły i rysuje piękne kadry.

10 Cloverfield Lane nie jest typową „dwójką” z większym budżetem i lepszymi efektami. Przeciwnie – film kosztował 5 razy mniej i zamiast rozwałki stawia na psychologię i napięcie. Piątka już za sam punkt wyjścia sequela! Przez dużą część filmu oglądamy tylko trójkę bohaterów, na dodatek zamkniętych pod ziemią. Samcem alfa wśród nich jest Howard grany przez Johna Goodmana, którego przytłaczająca postura i mina wkurzonego teścia robią tak dużo dla tego filmu, co monstrum dla części pierwszej. Kroku dotrzymuje mu Michelle (Mary Elizabeth Winstead), twarda, inteligentna babka, która ze swoją pomysłowością i zaradnością pasowałaby do ekipy Nostromo. Dużymi plusami filmu są napięcie, klaustrofobiczna atmosfera, dobry scenariusz i dialogi. Dan Trachtenberg w swoim pełnometrażowym debiucie wykazuje się wyczuciem i inscenizuje swoje przedstawienie z dbałością o takie szczegóły, jak płyty w szafie grającej, filmy na półce, a nawet zasłonę prysznica. A skoro jesteśmy pod prysznicem – pierwszy akt 10 Cloverfield Lane jest rozegrany niczym wariacja na temat Psychozy. Nie tylko zaczyna się od hitchcockowskiego trzęsienia ziemi, ale też nawiązuje do niefortunnej ucieczki Marion Crane prosto w łapska Normana Batesa.

Nice Guys to 2 godziny spędzone w wybornym towarzystwie, przy butelce whisky i sypanych z rękawa niepoważnych anegdotach. Crowe i Gosling tryskają chemią, a Shane Black jest u siebie, rozkłada nogi na fotelu i dyryguje komediowym spektaklem noir pewną ręką. Do Kiss Kiss Bang Bang trochę brakuje, ale mimo to jest ławica pereł: m.in. scena realistycznego rozbijania szyby w drzwiach, leżący protest, Gosling w toalecie czy cała scena ekstrawaganckiej imprezy.



Najlepszą najgłupszą komedię roku dostarczył Sacha Baron Cohen. Grimsby jest tak spektakularnie w złym guście, że trudno tego nie docenić. Po nieudanym Brunie i niezłym Dyktatorze Cohen wraca do strzelania gagami z prędkością karabinu maszynowego, obrażając przy tym prawie każdego, a w szczególności swoich rodaków. Większość gagów trafia w tarczę i wywołuje salwy śmiechu, pod warunkiem, że wyłączymy kubki smakowe. Rozrywka dla lubiących przekraczanie granic w kinie, dla fanów Johna Watersa i braci Farrelly.


Druga szalona komedia w zestawieniu, Popstar: Never Stop Never Stopping, przypomniała mi, jak bardzo brakowało chłopaków z The Lonely Island w kinie. Od ich Hot Roda minęło już 10 lat, komediowy zespół, który zaczynał w Saturday Night Live wydał 3 płyty, a Andy Samberg stał się w międzyczasie gwiazdą. Ich nowy projekt jest parodią dokumentu muzycznego, a najwięcej czerpie z filmów o młodzieżowych gwiazdach typu Justina Biebera (poczynając od przezabawnego tytułu, na wyglądzie głównego bohatera kończąc). Większy budżet, więcej gościnnych występów gwiazd, większy rozmach i to samo absurdalne poczucie humoru. Cool beans!

Jeśli Stranger Things stonowałoby swoją nostalgię i położyło nacisk na realizm, wyszłoby coś w stylu Midnight Special. Film Jeffa Nicholsa jest w wielu aspektach podobny do hitowego serialu i równie wciągający, ale zamiast czystej zgrywy oferuje doznanie głębsze i bardziej dojrzałe. Michael Shannon, świetny jak zawsze, ucieka z synem przed agentami rządowymi i bezwzględną sektą, która chce wykorzystać tajemnicze zdolności chłopca. Fabuła na poły science-fiction, na poły komiksowa, a film całkowicie czarujący. Po Shotgun Stories, Take Shelter i Mud, Nichols pokazuje, że z taką samą ambicją podchodzi do kina spod znaku Spielberga i wychodzi mu równie dobrze, co dojmujące dramaty.

Specjalna wzmianka należy się polskiemu kinu gatunkowemu, które w 2016 sprawiło, że chciało się płacić za bilet do kina. Osiągnęły to Planeta singli i Na granicy. Pierwszy, komedia romantyczna, która jest autentycznie zabawna i słodka, a drugi – thriller z prawdziwego zdarzenia. Jeśli dodamy do tego telewizyjny hit Canal+, czyli serial Belfer, mamy poważny znak prawdziwej dobrej zmiany, której nie musimy się wstydzić: artyści z profesjonalnym warsztatem tworzący kino dla ludzi myślących.

To tyle na teraz. A jak wygląda Wasz TOP 10 2016? Piszcie, jakich filmów brakuje na liście.

PS. Dzięki za rok czytania TBK! No to siup, za jeszcze lepszy rok 2017!

[m]

środa, 14 grudnia 2016

TV: Westworld

Kiedy HBO ogłosiło plany realizacji serialu na podstawie westernu science-fiction z 1973 roku, pomyślałem, że to ekscentryczna decyzja. Wszak oryginał nie był najwyższych lotów, nie ma dzisiaj statusu dzieła kultowego, tylko ramotki, która jako pierwsza użyła cyfrowego przetwarzania obrazu i perspektywy androida. To debiut filmowy autora Michaela Crichtona, który wcale nie chciał zaczynać przygody z kinem od tego filmu, a wręcz zniechęcił go na parę lat przez trudną współpracę ze studiem MGM. Mimo wszystko, Świat Dzikiego Zachodu stał się sukcesem finansowym i zebrał dobre recenzje, a ja pamiętam go z dzieciństwa ze względu na zimnego jak stal Yula Brynnera. Jednak przy Westworld oryginalny Świat Dzikiego Zachodu może tylko majaczyć w tle jako Easter egg.
Już rozumiem, dlaczego Jonathan Nolan chciał odwiedzić Dellos, park rozrywki przyszłości. Zobaczył potencjał, jaki kryje się w tej opowieści, wszystkie szanse stracone w 1973 roku, teraz jeszcze bardziej aktualne i leżące na wyciągnięcie ręki. Świadczy to o jego ogromnym talencie i zmyśle do dobrych, wielowymiarowych historii, że z ramotki Crichtona zrobił arcyciekawy serial, który można odczytywać jako traktat o istocie człowieczeństwa, analizę natury kina i studium odrealnienia naszej rzeczywistości. Westworld to labirynt znaczeń, po którym błądzi się jak po otwartym świecie nielinearnej gry komputerowej. „Wiesz, dlaczego to bije na głowę realny świat? Realny świat to tylko chaos, przypadek. Tutaj każdy szczegół składa się na większą całość” – mówi mężczyzna w czerni (Ed Harris), gracz szukający sensu leżącego na końcu całej rozgrywki.
Westworld, HBO
W gruncie rzeczy Westworld jest właśnie grą przepuszczoną przez rewizjonistyczny filtr współczesnej telewizji. Tym bardziej znaczące jest, że kiedy w kinie mamy falę sequeli, adaptacji komiksów i remake’ów hitów, które nie zdążyły nawet dorosnąć, HBO bierze na tapetę taki Świat Dzikiego Zachodu i daje artyście pełną wolność, żeby stworzył coś z niczego. Drugiego sezonu możemy się spodziewać dopiero w 2018 roku – bo Nolan z żoną stwierdzili, że nie potrafią robić dobrych historii rok po roku. Wolność = jakość.
Mimo że przeczuwam wielkość Dunkierki, chciałbym, żeby Jonathan i Christopher wrócili do wspólnego tworzenia. Może właśnie przy drugiej serii Westworld? To byłby idealny scenariusz. I reżyseria. Bo takich dwóch jak Nolanowie to nie ma ani jednego. [m]

wtorek, 13 grudnia 2016

Dobry, bo polski plakat filmowy: Świat Dzikiego Zachodu (Jan Młodożeniec)

Świat Dzikiego Zachodu / Westworld
Oglądaliście już Westworld?
Nie wiem, czy znacie oryginał, na podstawie którego Jonathan Nolan wraz z żoną Lisą Joy stworzyli dla HBO swój serial. Świat Dzikiego Zachodu był debiutem kinowym Michaela Crichtona, który później napisał m.in. książkowy Park Jurajski. Nie był to dla niego debiut udany, bo przez ingerencję studia MGM Crichton nie miał wpływu na obsadę, zmiany w scenariuszu, dokrętki i przemontowanie filmu. Później przyznał, że ponowny montaż wyszedł filmowi na dobre, bo początkowy efekt jego pracy był długi i nudny. Nie muszę chyba dodawać, że Crichton chciał dać sobie spokój z krzesłem reżyserskim. Zmienił zdanie 5 lat później kręcąc aż dwa filmy: Wielki napad na pociąg i Coma z Michaelem Douglasem.
Niech ten dobry, bo polski plakat filmowy autorstwa Jana Młodożeńca z 1976 roku będzie też zapowiedzią - jutro małe co nieco o serialu HBO. [m]