piątek, 18 lipca 2014

Jak panowie i panie za ladą obchodzą się z maluczkimi klientami to odwiecznie zabawny temat. Z zastrzeżeniem, że zabawnie, kiedy słuchamy albo oglądamy takie historie. Byli „Clerks – Sprzedawcy”, „IT Crowd – Technicy magicy”, „Przeboje i podboje” i urywek w „Fisher King”. Jednak głównie do mej głowy przychodzą sceny z poważnymi panami Monty Pythonami. Typowa sceneria sklepowo-usługowo-handlowa, czyli lada bądź biurko, a za nimi ktoś, kto tylko dla jaj pyta: „W czym mogę pomóc?”. Czy to sklep ze zwierzątkami, czy z serem, czy księgarnia, pomocy nie ma co tam szukać. Klient myślał, że udaje się w miejsce, gdzie przyjmą go z otwartymi ramionami, jak równy z równym, a zostaje postawiony wobec wyższej instancji i pozostawiony na jej pastwę. Czysta bezsilność tylko pozornie wydaje się absurdalna, bo wystarczy, że zastąpimy taką martwą papugę (o której później), powiedzmy, komputerem. Tu przykład z życia – gniazdo zasilania w moim komputerze uległo uszkodzeniu w kontakcie z podłogą. Gniazdo takie znalazłem w przybytku Internetu za dychę. Ale jako że nie byłem pewien czy to jedyny element do wymiany, a poza tym nie czułem się na siłach rozbierać mojego laptopa (w końcu nagość maszyny trochę peszy – vide Arnie w „Terminatorze”) zacząłem szukać pomocy w serwisach. I wtedy zaczął się skecz. Pierwszy serwis zawołał 250 zł, bo tu trzeba rozebrać, płytę wyjąć, wyczyścić, a jak chcę inaczej, to oszalałem. Panowie, bez przesady. W następnym mówią mi: 150. W kolejnych albo nie robią takich rzeczy, albo nie mają części, albo im się nawet nie chce pofatygować do telefonu. Po serii porażek, trafiam na gościa, który chce stówę. Niech już będzie, bo zmarszczek dostanę. Tu jest Polska i tu się wątpi w ludzi. Przyzwyczajony wzorem, że gdzie najtaniej, tam w ryj dają, podchodzę trochę nieufnie. Jednak jadę, wchodzę, „dzień dobry”, daję mój skarb i chcę już wychodzić, kiedy słyszę: „zaraz”. Gość znika na parę minut, słyszę niepokojący hałas na zapleczu. Na części poszedł, a ja kwitka nie wziąłem; jak nic – myślę. Wraca z komputerem w ręce, podłącza go pod zasilanie i działa. 
– Jak to się stało? – pytam.
– Za dychę się stało – słyszę odpowiedź.
Teraz Polska. Koniec skeczu.

Dlatego dedykuję ten utwór dla miłego pana ze Spec-Tech w Łodzi i dla wszystkich dobrych ludzi.


PS
À propos obsługi klienta.
Ach, ta norweska błękitna. Przepiękne upierzenie. Lubi kimać leżąc na plecach. Przypuszczalnie usycha z tęsknoty za fiordami.  papuga
[m]

wtorek, 15 lipca 2014

Paranoja wszędzie przez te taśmy wszelakie. Politycy boją się, że przyłapią ich na rozmowach z użyciem języka nieparlamentarnego. My boimy się, że ktoś nas o politykowanie posądzi. A Coma pewnie do tej pory sobie pluje w brodę, że powstały takie oto "taśmy". 

Bo jak tu śpiewać o depresjach, samotności, śmierci i świecie złym, w którym chandra jest pozytywną odmianą, kiedy coraz to nowe pokolenia fanów natrafiają w sieci na taką oto erotycznie-jajcarską wersję bajki o Czerwonym Kapturku?

Kawałek pierwszy i zarazem ostatni raz pojawił się na płycie demo, która krążyła wśród fanów na początku 2003 roku, choć jak się okazuje, ja miałem wersję nieco bardziej wypasioną od tej, o której na ich oficjalnej stronie piszą. Przyznaję, że ówczesna Coma mnie intrygowała, była jakimś powiewem świeżości, niestety, chwilę później przytrafiła im się debiutancka płyta i, przez nazbyt wygładzoną produkcję, czar prysł gdzieś, wracając dopiero w okolicach czerwonego albumu. 

Mimo iż od dłuższego czasu na słuchanie 'poważnej' Comy nie mam ochoty, to do tego utworu wracam z przyjemnością. I nawet na imprezie można go puszczać, bez obawy o tych, co z nadwrażliwością problemy mają. [b]

niedziela, 13 lipca 2014

Hit był, bit był, twerk był, nawet Pharell tam był. A jak z tekstem było? TBK, czyli TAK BYŁO, KURNA.


Zaczynamy od komendy „powstań”. A kiedy wszyscy już wstają i ucha nadstawiają, Robin Thicke opowiada nam o takiej pannie, co to ją ostatnio spotkał, pewnie na jakimś afterze czy biforze, zarzucił gadkę, a teraz nam swoje spostrzeżenia sprzedaje. Pan Thicke przekonuje nas, że każda dobra dziewczyna chce TEGO, a powtarzane w refrenie blurred lines wyznaczają cienkie granice między… no właśnie, czym? Seksem i gwałtem, pełnoletniością i prokuratorem. Wiadomo, dzisiaj prawie każda panna, gimnazjum czy klimakterium, wygląda jak Ruhanna. E, znaczy się, Rihanna. Dlatego taki rozchwytywany Robin Thicke porusza problem, z uwagi na wykonywany zawód, szczególnie mu bliski – zbyt młode wyglądają na wystarczająco młode. Paradoks to, bo kiedy młode dziewczęta chcą wyglądać na starsze, te starsze chcą wyglądać młodo. A biedny zagubiony podmiot liryczny próbuje się w tym postępującym świecie odnaleźć. Zdaniem pana Thicke, problemem jest purytańskie podejście do swobody i wyzwolenia płci pięknej, a rozwiązaniem jest liberalizm. Bo, za autorem tekstu, nowoczesna kobieta (tzw. „hot bitch”) nie daje się udomowić i w jej naturze leży zwierzęca dzikość. Czyli pan Thicke daje do zrozumienia wszystkim paniom: wstańcie, bawcie się na lewo i prawo, dobre dziewczyny, bądźcie nasty. And they will follow.
[m]


A jako bonus - wersja bez gołych pań, ale bardziej kreatywna i ogólnie muzycznie superior:

poniedziałek, 7 lipca 2014

#złeFilmy: The Avengers - Rewolwer i melonik [1998]

Koniec poprzedniego millenium był czasem tandety w kinie wysokobudżetowym. Kolejne blockbustery obrażały gust nawet odbiorcę kultury popularnej. Właśnie w tym czasie, w roku 1998, zrobiony został film „Rewolwer i melonik”, w oryginale dość myląco zatytułowany „The Avengers”. Powstał na podstawie serii telewizyjnej z lat 60. pod tym samym tytułem, który dziś i tak kojarzy się jedynie z Marvelem.


Dwójka agentów, Ralph Fiennes i Uma Thurman (która miała wtedy wzięcie w kiczowatych produkcjach), walczą z Sir Seanem Connery, który wymyślił sobie, że zawładnie… nie światem, oj, nie, lepiej – pogodą. Znane brytyjskie nazwiska robią z siebie pajaców w niedorzecznym scenariuszu wykonanym strasznie amatorsko. Za tą produkcją kryje się podobny pomysł, co za inną klapą z tego czasu, „Batman i Robin” – wystawność i przepych miały zagłuszyć echa pustki, tyle że wzięli złych rzemieślników chyba, bo wszystko wygląda jak ze styropianu. Postaci równie dobrze mogłyby być wycięte z papieru i tyle samo byłoby w nich emocji. Co ciekawsze, oprócz tych ważnych i biorących udział w filmie, nie ma w tym filmie NIKOGO. Chyba ktoś oszczędzał na statystach, bo Londyn wydaje się wyjątkowo pusty. 

„Rewolwer i melonik” to z założenia przygodowa komedia, ale przygody są całkowicie nudne i absurdalne, a komedia wątła i nieśmieszna. Właściwie cały film oparty jest na jednym słabym żarcie, czyli na brytyjskim opanowaniu i przesadnej uprzejmości głównych bohaterów. Gdyby było mało, piją herbatkę o piątej, chodzą z parasolką, a Szkot chodzi zawsze w spódnicy.

Półtorej godziny z tym filmem zapewni nam takie atrakcje jak: konferencja wśród wielkich pluszowych misiów, strzelające mechaniczne pszczoły, sklonowana Uma Thurman, pościg w balonie, niewidzialny człowiek pracujący w archiwum, bo, najwidoczniej, nie mogli znaleźć dla niego bardziej przydatnej roli w agencji szpiegowskiej. Jest jeszcze zbrodniczy mastermind w szeregach agentów, czyli postać wyglądająca jak Dr. Strangelove i nawet zachowująca się podobnie. Ale w nikim wśród szpiegów nie wzbudza to podejrzeń. Słowem, jeśli kicz to Twój konik, włącz „Rewolwer i melonik”. O, takie powinno być hasło reklamowe tego filmu, spędziłem nad nim dokładnie tyle czasu, co twórcy nad scenariuszem.
[m]





niedziela, 6 lipca 2014

Noc przetrwałem, załapałem się nawet na kilka godzin snu po wschodzie słońca. A teraz pora obiadowa. Wszyscy już po wizycie w kościółku, na tacę zarzucone. Każdy dobry chrześcijanin 'made-in-Polska' pomodlił się o to, aby heretycy wspierający wystawianie "Golgota Picnic" zostali usmażeni w piekielnych czeluściach. W oleju z makdonalda. Bo to zły spektakl jest. Opowiada o... No nie wiadomo o czym, ale zły jest.
Nalewacie sobie rosół, z niecierpliwością czekając na kolejne smakowite żarty pana Karola w jednym z naszych narodowych teleturniejów. Jakaż to szkoda, że nie będzie można potem odrobinę poczekać na kolejne perypetie lekarzy z takiego jednego szpitala, cóż, w końcu sezon letni jest, poza tym mundial, więc tak czy inaczej będzie zajebiście.
W tym momencie wchodzę ja, ubrany we frak, choć na nogach trampki. Wchodzę na stół. I zupełnie za darmo serwuję wam nowe danie popisowe szefa kuchni. Co? Gówno! [b]

sobota, 5 lipca 2014

To jest jedna z tych nocy. Trwa impreza, wszyscy bawią się świetnie. I nagle stwierdzasz, że nie masz ochoty na zabawę. Wychodzisz. Idziesz przed siebie, niekoniecznie do domu. Idziesz, aby iść, tak zwyczajnie, jakby to właśnie w ruchu było życie, jakby towarzystwo ludzi mogło sprawiać fizyczny ból. 

Zmysły powracają, wraz z nimi jakieś obrazy, kolaż niepokojących fragmentów podróży przez przestrzeń, czas i odmienne stany świadomości. Lęk podnosi ciśnienie, następuje nagły wyrzut adrenaliny do krwi. Walcz albo uciekaj. Uspokajające dotąd właściwości papierosów nagle nie są w stanie przynieść ukojenia. 

To może szklanka samogonu? Dzień wcześniej wszystko osuszyłeś, więc teraz czeka cię mozolna wyprawa na metę. Pukasz do drzwi, dwa szybkie puknięcia, 'pukpuk', potem jedno mocniejsze 'łuuup' i znowu 'pukpuk', żeby było wiadomo, że to swój, a nie jakiś pies albo gorzej, celnik. 

Zaopatrzenie jest, podwójne nawet. W każdy inny dzień można by się zamroczyć już kilkakrotnie, ale nie dziś, bo dziś jest jedna z TYCH nocy. Jeśli uda się doczekać ranka, oczy, bezsenne, będą bardzo boleć. 

Dlaczego pukasz do okien? Nie wiem. [b]

piątek, 4 lipca 2014

W ramach walki o nowe lajki, klikalność i ilość wyświetleń, rozpocznijmy sobotę od czegoś lekkiego, popularnego i z lekką nutką masochizmu. 

Jest lekko, chociaż tylko w porównaniu do niektórych dokonać tej grupy.
Wątek pop rozszyfrujmy następująco - Blixa współpracował z Nickiem Cave'em, a ten, z kolei, nagrał kiedyś kawałek z Kylie Minogue. 
Wreszcie masochizm - ja po niemiecku nicht verstehe. No, może trochę, ale jest to tylko taki 'okupacyjny niemiecki', a tu mi się pojęcia typu 'iś habe cfaj granaten' raczej nie przydadzą. Całe szczęście że i w języku Bitelsów też im się zdarza śpiewać. 

To w końcu o co chodzi z tym zespołem? Może o to, że jeszcze zanim samplowanie stało się modne, oni zdążyli ów 'fixing'(jak to nazywali) porzucić na rzecz eksperymentów z 'dziwnymi' instrumentami? Możliwe.

A może to ten puls. 

W kolejności postawionej zupełnie na głowie. 

Przynajmniej w odniesieniu do chronologii naszych czasów. 

Bo najpierw mamy natłok wszystkiego. Miasto oddycha swoim industrialnym rytmem. Autostrady pulsują nerwowo i urywanie, fabryki dodają od siebie jakieś nieokreślone dźwięki, wielkie osiedla wydają się być gdzieś zupełnie obok. Wszystko to ze sobą współgra, mechaniczna precyzja, ale również budzi niepokój. Tak pracujący 'organizm' nie mógł być przyjęty jako coś normalnego. 

A potem nastąpił nagły zwrot. Niby komponenty te same, ale część bardziej wyciszona, część lepiej dostrojona do częstotliwości drgań, nie betonu, nie żelastwa, które wszędzie powtykaliśmy, ale do częstotliwości zapomnianego spokoju. 

I wreszcie, pewnie po to, by uniemożliwić mi zakończyć jakimś intrygującym porównaniem, Einsturzende wracają niemal do początków. 

Stąd właśnie pochodzi ich magia. Oczekiwanie po nich czegokolwiek, przynieść może tylko rozczarowanie. Najlepsze przychodzi, kiedy nie stawiamy im żadnych wymagań. [b]